Przedszkolne samizdaty

W zeszły weekend małoletni kolega Wojtek z Białegostoku postanowił podzielić się ze mną w konspiracyjnej atmosferze pewną piosenką. Już po jego minie widziałam, że będzie to prawdziwy hit, że strasznie śmieszny. No i zaśpiewał mi, chichocząc, offową wersję piosenki Arki Noego “Nie boję się, gdy ciemno jest, ojciec za rękę prowadzi mnie”. Wersja ta była taka atrakcyjna, ponieważ nie był to rzewny religijny tekst o opiekuńczej miłości ojcowsko-boskiej, ale koślawy, parasatyryczny song o przemocy domowej i pierdzeniu (choć mimo wszystko, gdyby się okazało, że autorem tej przeróbki jest Marcin Wolski, nie byłabym zdziwiona).

Pomijając kwestie autorstwa, poczułam grozę, że dzieci śpiewają takie okropne piosenki! Że o przemocy, no bo o pierdzeniu – wiadomo. Potem jednak przyszły moje własne wspomnienia.

Po pierwsze o koledze Miękusie, z którego pamiętam ziemniaczaną cerę i sztruksowe ogrodniczki. Podczas leżakowania w przedszkolu, kiedy wszystkie psychopatki, które się nami opiekowały, już nas sterroryzowały i poszły pić kawę, Miękus nauczył mnie piosenki o słowach:

O dwunastej zero zero,
param pam pam,
wszystkie trupy poszły spać,
param pam pam,
tylko jeden mały trupek,
param pam pam,
wziął papierek poszedł srać,
pariruriruram.

Mam Cię w dupie stary trupie,
param pam pam,
czemu srałeś na mój grób…

Nigdy nie miałam pojęcia, gdzie ta narracja o trupach srających na groby dalej prowadzi, bo Miękus przekazał mi chyba wersję niepełną, ale dzięki internetowi wiem, że piosenka oparta na rymie dupie/trupie, nie zaszła dalej niż do rymu raz/wlazł (Papierek z pierwszej zwrotki. W co, wiadomo).

Po drugie piosenka Wojtka przypomniała mi absolutnie ukochany przedszkolny przebój, który śpiewaliśmy z bratem zataczając się aż do bólu brzucha ze śmiechu. Przeboju tego różne wersję krążą, ale nasza brzmiała tak:

Był sobie raz Felek,
co chodził bez szelek,
nadeszła niedziela,
upity jak bela,
a żona mu w papę:
Oddawaj wypłatę!

Wypłata przepita,
kobita zabita,
a Felek w Więzieniu,
opala się w cieniu,
a żona w Krakowie,
opala się w grobie.

Historia przemocowego alkoholika Felka, pozbawiającego swoją żonę najpierw pieniędzy, a potem życia, była rzeczą najśmieszniejszą pod słońcem. I jeszcze te miny dorosłych! Piosenka o małej żabce re re kum kum, nigdy nie robiła na nich takiego wrażenia. Do tego małej żabki było mi strasznie szkoda, za to żona Felka opalająca się w grobie, wzbudzała we mnie tylko radość.

Te dwie piosenki pamiętam jako nasze przedszkolne samizdaty, że my tu oficjalnie jesteśmy krasnoludki hop sa sa, że jadą, jadą misie, a pod kocami na leżakowaniu śpiewało się o perypetiach pośmiertnej defekacji i pijanym Felku mordującym żonę.

Tak czy siak, te wspomnienia ukoiły mój napad grozy. Spojrzałam w radosne oczy małego Wojtka ze zrozumieniem, że miło jest skonsternować dorosłego i zaśpiewać zakazaną piosenkę.

Poczułam się bardzo stara.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s