Chciwość w grzybach

Grzybobranie ma w sobie coś z polowania. To w lesie i to w lesie. Tam król polowania, tu król grzybobrania. Tam nadęcie nad pokotem z trupów, tu triumfalne rozkładanie zdobyczy na gazecie w kuchni, przesyłanie zdjęć rodzinie i lokalnej gazecie. Podobieństwa można mnożyć, ale jednak zasadnicza różnica jest w tym, że jednak grzybiarze nie zajmują się perfidnym sadyzmem, chyba że są jednocześnie myśliwymi.

Tak czy siak u grzybiarzy pojawiają się czasem uczucia nie nazbyt chwalebne takie jak: zazdrość, zawiść, chciwość, bo każdy by chciał zebrać jak najwięcej grzybów.

Ilustrację tej prawdy miałam w tym tygodniu, kiedy to Konopek szła z Bisiem i ze mną przez atrakcje Dolnego Śląska pt. “kolorowe jeziorka”. “Kolorowe jeziorka” polegają na tym, że w lesie są mniej lub bardziej wyschłe bajorka, które przybierają kolory dość naturalne jak zieleń, czy brąz, ale w celach reklamowych mówi się na to błękit i purpura. Szliśmy tak sobie przez las szukając kolejnych jeziorek, kiedy to natknęliśmy się na innych turystów, konkretniej na małżeństwo, konkretniej na wąsatego pana z brzuszkiem, który stał dumny trzymając w dłoni pięknego prawdziwka i śmiejąc się do niego jak głupi do sera, oraz jego małżonkę w różowym stroju turystycznym, która nie traciła czasu i nerwowo przeczesywała okoliczne runo.

Kiedy ten pan i pani myśleli, że złapali pana Boga za rogi, do akcji wkroczył bezwzględny Konopek słodkim jak sztuczny miód głosem zagadując brzuchatego wąsacza:
– Ale piękny okaz pan trafił!
– Nooooo!!! Myślałem, ze to muchomor, a żona patrzy – prawdziwek!
– No wspaniała sztuka, wspaniała… – Konopek niby to przypadkiem powiodła wzrokiem po ściółce wokół wąsacza – Ooooo! A tutaj mamy następnego! – powiedziała podnosząc jeszcze większego prawdziwka rosnącego i półtora metra dalej, a potem dodała znajdując kolejnego – O… i następny… Z takich grzybków to pyszny sosik ze śmietaną – dodała śmiejąc się nieszczerze i oddaliła się niespiesznie ze swoimi dwoma prawdziwkami ścigana przez nienawistne spojrzenia miotane z dwóch par oczu.

Advertisements

Radio Pogoda

Kto mnie zna ten wie, że ze stacji radiowych słucham tylko tej, która prawie nie puszcza muzyki. Przyczyn jest wiele, ale sami przyznacie, że w radiu lecą ciągle te same upiorne nuty*, a jak pojawia się coś nowego to jest to na ogół wyprodukowany przez muzyczne Monsanto roundup na szare komórki w stylu “o mamma mia he’s italiono”.

I tu w tę niebezpieczną pustynię polskiej fonosfery wchodzi radio Pogoda z przebojami, które ostatni raz puszczano tak dawno temu, że już wszyscy o nich zapomnieli, zwłaszcza, że większość targetu tej stacji niestety jest już narażona na problemy z pamięcią. W każdym razie ja bardzo to radio lubię, bo nigdy nie wiem na co trafię, ale czuję się bezpiecznie, bo nigdy nie będzie to Paweł Kukiz ani Robert Gawliński. W najgorszym razie Anna Jantar się trafi, ale to już trudno. W dodatku w radiu Pogoda są takie urocze konkursy, gdzie można wygrać wczasy (sic!) w Busku Zdroju, a audycje z nutą humoru i pozbawione smutnych tematów prowadzi sam ściągnięty z pawlacza Wojciech Pijanowski oraz równie trącący nutą lawendy Krzysztof Szewczyk.

Dlatego dzisiaj jadąc z Konopkiem samochodem słuchałyśmy sobie dla humoru radia Pogoda, gdzie objawiła nam się reklama nowej płyty Roberta Janowskiego. Pamiętam Roberta Janowskiego, kiedy miał jeszcze długie włosy i grał dealera narkotyków Koksa w Nocnym Grafitti faszerującego dragami swoją dziewczynę narkomankę Kasię Kowalską**. Niestety praca w szołbiznesie powoduje, że człowiek zmienia się w osobę ulepioną z oczekiwań publiczności i tak też stało się z prowadzącym Jaką to melodię, którego wizerunek wyobracany przez ten teleturniej spowodował, że teraz nagrał on płytę z piosenkami typu “Zakochani są wśród nas”, a koncerty promuje w radiu Pogoda, gdzie lektor głosem typu “euroertefałiagiede” i zadęciem godnym reklamy nowego mercedesa obwieszcza:

“PARTNEREM KONCERTU JEST COREGA”.

Po tym obwieszczeniu długo nie mogłam się uspokoić.

 

*poza hardcorowym programem drugim z jego Schonbergami w porze pasterki, Wagnerami z Beyreuth w czasie kanikuły, dramatami operowymi w spokojne wieczory i kwartetami smyczkowymi niemieckich romantyków za każdym razem, kiedy modlę się, żeby ich nie było.

**https://www.youtube.com/watch?v=5zUw_fa9txc

Hiszpańskie Himalaje

Moi rodzice byli niedawno w Hiszpanii, na południowym wybrzeżu. Jednego dnia wybrali się na największą górę w okolicy. Matka trzy razy pokazywała mi na telefonie rodzaj podłoża skalnego, z którym przyszło im się zmierzyć – takie żółte skały o strukturze wyschniętej gąbki, nieregularne pumeksy. Podobno chodziło się po tym ciężko, no i wiadomo, w upale. Dla mamy dodatkowym wyzwaniem, były – jakieś tam jak to zawsze są – stromizny przy podejściu, ale na szczęście palmiaste krzaki dawały minimalne poczucie bezpieczeństwa (zarówno matka jak i ja boimy się stromych skał).

Schodząc z góry, rodzice natknęli się na grupę sześciu Anglików, z których pięciu szło obutych w buty górskie i z plecakami, a szósty szedł bez plecaka i w japonkach. Anglicy zapytali się moich rodziców o to, jak daleko to szczytu, na co moja mama zaczęła im entuzjastycznie odpowiadać na to pytanie, bo ostatnimi czasy bardzo podszkoliła swój angielski, a jest osoba towarzyską. Po wymianie informacji mój ojciec rzekł do człowieka w japonkach:
– Congratulations!
A pośród wybuchu wesołości moja mama zakrzyknęła jeszcze:
– Sherpa!

Internet

Ponieważ wczoraj nieopatrznie wzięłam udział w wirtualnej gównoburzy, przypomniały mi się moje przeszłe doświadczenia z instytucją komentarzy internetowych, w tym jedno, które naprawdę zachowałam w swym sercu.

Kiedyś koleżanka Czeszka poleciła mi czeską… wokalistkę? Poetkę? Osobowość muzyczną? No, przedstawicielkę nurtu poezji śpiewanej – Zuzannę Navarovą. Zuzanna ta zmarła jakoś całkiem młodo na raka piersi. I sobie czasem tę Zuzannę z jutuba słuchałam.

Raz mnie ciekawość zagnała pod piosenkę Zuzanny, do komentarzy czeskich internautów. Piosenka była o skomplikowaniu uczuć, z dramatycznym pytaniem w refrenie “co my dwoje właściwie mamy z tej miłości?”, a czeski komentator płci zapomnianej zadawał pod tą piosenką pytanie nie mniej dramatyczne: “Jak to jest, że tacy wspaniali ludzie umierają, a te ku*wy nadal żyją?”.

To dla mnie kwintesencja internetu pod każdym względem.

Babcia Irenka

Moja babcia Irenka od ponad dziesięciu lat ma demencję. Odkryliśmy to po śmierci mojego dziadka Staszka, który dopóki żył, a zmarł właśnie 10 lat temu, starał się tuszować przed nami chorobę babci.


Babcia powoli, acz nieuchronnie, traci pamięć krótkotrwałą i pamięć w ogóle, a epoki jej życia mieszają się – często chce jechać do Kazimierza Dolnego do rodziców, którzy nie żyją już od dawna, a ja i brat mimo ponad 30-tki na karku, jesteśmy dla niej dziećmi etc. Najbardziej jednak dotkliwym elementem tego mieszania się epok jest to, że babcia nie pamięta śmierci dziadka, bo fakt ten mial miejsce juz w czasie jej demencji, w związku z tym od 10 lat musimy – jako rodzina – ciągle i stale odpowiadać na pytanie „gdzie jest Staszek?” i pomimo, że dziadka kochaliśmy najmocniej na świecie i że za pierwszym razem odpowiadamy ze smutkiem „babciu, dziadek nie żyje”, to jednak wobec oporu babci, która się z nami kłóci, że to niemożliwe, bo by pamiętała przecież, w końcu zaczynamy się niecierpliwić, aż stopniowo na każde kolejne powtórzenie pytania „gdzie jest Staszek” reagujemy rozbawionym: „nie żyje”.

Pamiętam jedną Wielkanoc, ze 3 lata temu, podczas której wybraliśmy się z babcią na spacer w Wielką Sobotę i babcia zadawała mi dwa pytania na zmianę „Kiedy jedziemy do Radomia?”, czyli kiedy jedziemy do Radomia, do drugiej babci, bo akurat zapamiętała, że do Radomia pojedziemy, ale nie pamiętała kiedy oraz – tradycyjnie: „gdzie jest Staszek?” . Przez godzinę spaceru odpowiadałam tylko, że do Radomia jedziemy jutro, a Staszek nie żyje.

Po spacerze przy obiedzie babcia wykazała przebłysk pamięci mówiąc: „To do Radomia jedziemy jutro?”. Odetchnęliśmy z ulgą, że jednak coś pamięta, ale zaraz dodała: „no bo jak Staszek przyjedzie, to dobrze by było, żeby wiedział, gdzie jesteśmy”. Z trudem zatuszowaliśmy chichoty, tym większe, im bardziej nie nam wypadało się śmiać.

Wieczorem mama odwiozła babcie do jej domu – bo wtedy babcia jeszcze mimo braku pamięci z drobną pomocą innych osób funkcjonowała samodzielnie. Jak dojechały do domu zadzwonił na babci telefon  brat mojej mamy – wujek Mikołaj, który mieszka zagranicą – to babcia akurat pamięta, bo zapamiętała wrażenie, że wujek Mikołaj mieszka daleko. Babcia chwilę z wujkiem Mikołajem pogadała, dała do telefonu moją mamę, mama tez chwilę pogadała z wujkiem i kiedy odłożyła słuchawkę, przyszła do niej przerażona babcia i powiedziała: „Czy powiedziałaś Mikołajowi tę straszną nowinę?” „Jaką?” – zapytała moja mama. “Że Staszek nie żyje!!!”

“Piesku! Jesteś piękny jak krajobraz!”

Okazało się, że para żuli z metra, których opisywałam ostatnio, to stali pasażerowie na trasie Wawrzyszew-Racławicka. Konopek z Bisiem spotkali ich ostatnio i również jechali naprzeciwko nich.
– Pejzaż… Piesku!… Jesteś piękny jak krajobraz! – zaczął swoje afirmacje żul-poeta. Jego kolega podniósł za to nogawkę odsłaniając jakąś paskudzącą się ranę na nodze i zaczął kombinować:
– Ej, ale gdyby on mi tę nogę polizał, to by mi wyzdrowiała. – powiedział łypiąc na Bisia.
Konopkowi zrobiło się słabo, na widok tej rany, na szczęście i tak musieli już Bisiem wysiadać.

“Dziewczyny! Jak was nie kochać?”

Jechałam w tym tygodniu metrem naprzeciwko dwóch… co tu owijać w bawełnę – żuli, którzy najprawdopodobniej jechali do jakiegoś wyjątkowo popularnego w tym towarzystwie monopolowego przy metrze Racławicka (domyślam się, bo mnie ostatnio ostrzegał przed okolicami tego monopolowego brat).

Panowie wprawdzie sprawiali wrażenie przypruszonych ziemią jak dwa ziemniaki, ale wyglądali dość poczciwie. Jeden pił piwo z puszki, gapił się na dziewczyny stojące przy wyjściu i przemawiał jak Kordian na Mont Blanc:
– Dziewczyny… Jakie wy jesteście piękne!… Jak was nie kochać?… To chyba trzeba by było być… Gejem!… Jesteście idealne!… Wszystko w was jest!… Jak w zestawie McDonalda!…

Drugi mamrotał coś w swoją brodę, jakieś votum separatum, że co się tamten tu wygłupia, że nie chce mieć z tym przemawiającym nic wspólnego, zgarnął swój tobół i wstał, ale że metro zaczęło hamować, to zatoczył się, mało nie przewracając się na mnie oraz mało nie trafiając mojego kolana śliną, która mu się jakoś wymsknęła. Po tej serii wrażeń wyszedł z wagonu, a ja za nim, przepuszczona w drzwiach, jako kobieta, przez pana z piwem.