Katownia

Kilka lat temu dostałam zlecenie na zbadanie ścian w jednym z byłych warszawskich miejsc kaźni. Miałam sprawdzić, czy w pomieszczeniach, które miały być remontowane, nie ma napisów wyrytych przez więźniów. Takie napisy znajdowały się tuż obok, w miejscu pamięci, gdzie mieszczą się więzienne cele, dlatego wg. prawa badania ścian musiały zostać przeprowadzone.

Trochę gorzej spałam przed tą pracą, miałam w końcu spędzić trochę czasu w piwnicach i suterenach dość mrocznego miejsca, nie było jednak innych zleceń na widoku, a też nie chciałam stchórzyć z bądź co bądź irracjonalnych powodów. Ostatecznie jednak została mi przydzielona jeszcze jedna osoba do pomocy, więc było mi raźniej. Może nie czułam się świetnie dłubiąc w piwnicach byłej katowni, ale prawdę mówiąc, podobnie nieprzyjemnie czułam się we wszystkich piwnicach, w których kiedykolwiek się znalazłam, więc nie było tak najgorzej i udało mi się skończyć moje badania.

Mimo chęci ucieczki myślą do rzeczy miłych musiałam w tej pracy skupić się na tym miejscu i tym co się tam działo w czasie wojny. Do tego co jakiś czas przychodzili tacy goście jak np. administrator budynku, z rodziny wszystkich poprzednich administratorów budynku. Stał zasępiony w porannym świetle sączącym się do zabałaganionej sutereny i mówił “Tu wszędzie były trupy. Tu wszędzie były trupy.” Innym razem przyszedł kierownik znajdującego się za ścianą miejsca pamięci, człowiek o potężnej posturze, który bardzo niskim głosem zwierzył się mi w piwnicy, że jak sam musi być w pracy, to radio sobie włącza, żeby poczuć się lepiej, bo nie czuje się zupełnie dobrze w takiej sytuacji. Opowiadał też, że kiedyś wieszał wystawę w jednym z obozów koncentracyjnych i czuł czyjś wzrok na sobie w pustym korytarzu. Inna pani pracująca za ścianą opowiadała mi, że generalnie w okolicy straszy i że w tym budynku ludzie widują, kogoś kogo nie ma, ale takie rzeczy zdarzają się też w sąsiedztwie.

Dlatego też to najgorsze miejsce – to obok, w którym pracował ten pan i pani, postanowiłam zwiedzić już po wykonanej pracy – bałam się, że mózg mi się już naprawdę zryje i wyobraźnia zacznie za bardzo pracować. Wspomniana pani poprosiła mnie jeszcze o odgrzybienie pomieszczenia socjalnego dla pracowników (pani miała wrażenie, że śmierdzi tam pleśnią) w miejscu pamięci, do czego miałam aparaturę, której używałam podczas badań. Ponieważ ofiarowywałam przysługę, pani ta była dla mnie wyjątkowo miła i bardzo chciała mi się odwdzięczyć.

Po skończonej pracy wkroczyłam do miejsca pamięci z maszynką odgrzybiającą. Od razu rzuciły mi się w oczy nazwiska wyświetlające się w wyciemnionym pomieszczeniu na wprost wejścia. Zapytałam się, czy to są nazwiska pomordowanych. “Jak pani chce, to ja tu nacisnę i pojawią się nazwiska zamęczonych” – powiedziała pani z entuzjazmem i owszem, gdzieś coś nacisnęła i zamiast nazwisk pojawiły się fotografie osób, które zabito w tym miejscu. Po tym makabrycznym wstępie pani równie żywiołowo zaczęła oprowadzać mnie po całym miejscu pamięci obdarowując, w rewanżu za moją pomoc, najokropniejszymi szczegółami. Widząc, że słucham uważnie, jeszcze hojniej sypała pełnymi garściami z obfitego worka swojej wiedzy na temat zbrodni hitlerowskich, także dokładnie przyglądałyśmy się śladowi po kuli na ścianie, kuli, którą wystrzelił Niemiec przez judasza w drzwiach do więźnia w celi. Potem oglądałyśmy modlitwy, rysunki i grypsy na ścianach innych cel, ławki dla ludzi aresztowanych w łapankach, do których strzelał zza ich pleców gestapowiec chodzący w podbitych filcem butach i który tak właśnie karał każdą próbę porozumienia się między aresztowanymi, miejsce tortur, z którego krzyki słyszeli wszyscy więźniowie, narzędzia tortur, okno, którym wynoszono trupy… Tłem dla wycieczki były ciche jęki jak z domu strachów w wesołym miasteczku, bo ktoś uznał, że takie nagranie wzbogaci doznania zwiedzających.

Na koniec zwiedzania pani opowiedziała mi jeszcze kolejne historie o duchach: ” Wie pani, najgorzej jak muszę tu sama pracować. Raz była wycieczka, patrzę, że jakiś chłopiec wchodzi do celi, to idę mu powiedzieć, że tam przebywaćnie wolno, patrzę, a tam nikogo nie ma. Albo jestem w łazience, myję ręce i słyszę za sobą kobiecy głos, ale nikogo nie ma, nikt nie wszedł. Czasem jak sprzątam, tam koło ławek to czuję czyjąś obecność, wtedy się modlę. Kilka razy zmawiam Zdrowaś Mario i przechodzi. A moja koleżanka (pracująca w innej byłej katowni – przyp. red.) jak wchodzi do takiej wyjątkowo mrocznej piwnicy to mówi – Dzień dobry wszystkim duszom! – bo tam dobrzy ludzie ginęli i ona się z nimi wita i czuje się lepiej.”

Na koniec wizyty nastawiłam maszynę do odgrzybiania, podziękowałam pani i pożegnałam się z nią. “Gdyby pani przyszła za miesiąc będziemy mieć hak, na którym wieszano dzieci!” – rzuciła mi na odchodne, jakby rzucała asa z rękawa.

Advertisements

Książki dla Jagi

Babcia Jaga uznaje z alkoholi tylko czystą wódkę, a z literatury tylko literaturę faktu. Dlatego na jej urodziny i imieniny, które wypadają w październiku kupiłam jej dwie książki z nowości wydawnictwa Czarne: reportaż o łódzkich włókniarkach i historię Krupówek. Szarpnęłam się trochę, ale w końcu była ku temu okazja. Do tych prezentów dorzuciłam też spontanicznie z zupełnie przypadkowych przyczyn jako wypożyczkę ze swojego księgozbioru książkę o świni, która przeżyła życie jako zwierze domowe.

Dzisiaj babcia tradycyjnie zadzwoniła do mnie podzielić się wrażeniami z lektury – zawsze tak robi, kiedy dostanie od kogoś książkę. Ucieszona czekałam na to, aż babcia wyrazi uznanie dla pozycji, które dla niej zakupiłam, no i babcia powiedziała, że kapitalna ta książka o świni. Po czym dodała “bo ta o włókniarkach, to co mnie to obchodzi?”.

Szczerość w naszej rodzinie – to norma.

Forma

Mam wujka Pawła, który jest rzeźbiarzem i odlewnikiem. Kiedyś odwiedziłam go w kamienicy, gdzie miał pracownie, tuż przed wernisażem mającym się odbyć na parterze tego samego budynku. Wujek oprowadził mnie po atelierze swoim i okolicznych artystów. Pokazywał mi różne rzeźby i obrazy, ale najbardziej moje oko przyciągane było przez dziwną amorficzną bryłę, rozmiarów dużego mango, która leżała gdzieś na parapecie. Nie była to rzeźba, ale jakiś dziwny przedmiot o kształcie jakby ktoś wydłubywał kit z okna, gniótł w dłoniach i doklejał następny. Był chyba zrobiony z gipsu, który los pokryły  jakimś żółtawym nalotem. W dodatku przedmiot ten był pęknięty, a z pęknięcia wylewało się coś, co już zaschło tworząc jakieś mini-zacieki.  Wyglądało to jak dziwny, brudny glut. Nie zapytałam wujka co to, ale przedmiot ten został w mojej pamięci i swędział.

Potem, na wernisażu stałam sobie, gdzieś w okolicach wujka, kiedy rozmawiał ze swoją koleżanką. Rozmawiali o tym że jej ojciec też robi odlewy, a wtedy wujek powiedział, że no właśnie i że przygotował coś dla niego. Poszedł na chwilę w stronę pracowni po czym przyniósł i wręczył jej ten dziwny przedmiot.  Ona zaciekawiona zapytała, co to jest. “Chopin”* – odparł z pełną powagą wujek Paweł.

*Dla osób dumających “jak to?”, podpowiem, że dziwny przedmiot był formą do robienia odlewów z podobizną Chopina w środku.

Zen

Dwa razy w życiu zdarzyło mi się pojechać na obóz jogi z Jurkiem – protoplastą polskiej joginistyki. Obozy te wspominam jak najlepiej, były to niewątpliwie szczęśliwe tygodnie mojego życia. Rano wspólna medytacja, cały dzień joga, posiłki, oddawanie się lekturze, drzemka, a wieczorem znowu wspólna medytacja.

Jurek ma za sobą długą praktykę zen, a do tego jako niemłody już mężczyzna naturalnie wchodzi w rolę mistrza w stylu szczura z wojowniczych żółwi ninja. Dlatego wieczorami zadawaliśmy mu pytania na temat medytacji, jak robić to prawidłowo. Ktoś zapytał: “co zrobić, jeśli siedzę nieruchomo, a nagle mnie gdzieś zaswędzi – podrapać się, czy nie?”. Jurek zamyślił się nad tym pytaniem, które wydawało mi się dość przyziemne i powiedział: “należy zadać sobie pytanie – kogo swędzi?”.

Chciwość w grzybach

Grzybobranie ma w sobie coś z polowania. To w lesie i to w lesie. Tam król polowania, tu król grzybobrania. Tam nadęcie nad pokotem z trupów, tu triumfalne rozkładanie zdobyczy na gazecie w kuchni, przesyłanie zdjęć rodzinie i lokalnej gazecie. Podobieństwa można mnożyć, ale jednak zasadnicza różnica jest w tym, że jednak grzybiarze nie zajmują się perfidnym sadyzmem, chyba że są jednocześnie myśliwymi.

Tak czy siak u grzybiarzy pojawiają się czasem uczucia nie nazbyt chwalebne takie jak: zazdrość, zawiść, chciwość, bo każdy by chciał zebrać jak najwięcej grzybów.

Ilustrację tej prawdy miałam w tym tygodniu, kiedy to Konopek szła z Bisiem i ze mną przez atrakcje Dolnego Śląska pt. “kolorowe jeziorka”. “Kolorowe jeziorka” polegają na tym, że w lesie są mniej lub bardziej wyschłe bajorka, które przybierają kolory dość naturalne jak zieleń, czy brąz, ale w celach reklamowych mówi się na to błękit i purpura. Szliśmy tak sobie przez las szukając kolejnych jeziorek, kiedy to natknęliśmy się na innych turystów, konkretniej na małżeństwo, konkretniej na wąsatego pana z brzuszkiem, który stał dumny trzymając w dłoni pięknego prawdziwka i śmiejąc się do niego jak głupi do sera, oraz jego małżonkę w różowym stroju turystycznym, która nie traciła czasu i nerwowo przeczesywała okoliczne runo.

Kiedy ten pan i pani myśleli, że złapali pana Boga za rogi, do akcji wkroczył bezwzględny Konopek słodkim jak sztuczny miód głosem zagadując brzuchatego wąsacza:
– Ale piękny okaz pan trafił!
– Nooooo!!! Myślałem, ze to muchomor, a żona patrzy – prawdziwek!
– No wspaniała sztuka, wspaniała… – Konopek niby to przypadkiem powiodła wzrokiem po ściółce wokół wąsacza – Ooooo! A tutaj mamy następnego! – powiedziała podnosząc jeszcze większego prawdziwka rosnącego i półtora metra dalej, a potem dodała znajdując kolejnego – O… i następny… Z takich grzybków to pyszny sosik ze śmietaną – dodała śmiejąc się nieszczerze i oddaliła się niespiesznie ze swoimi dwoma prawdziwkami ścigana przez nienawistne spojrzenia miotane z dwóch par oczu.

Radio Pogoda

Kto mnie zna ten wie, że ze stacji radiowych słucham tylko tej, która prawie nie puszcza muzyki. Przyczyn jest wiele, ale sami przyznacie, że w radiu lecą ciągle te same upiorne nuty*, a jak pojawia się coś nowego to jest to na ogół wyprodukowany przez muzyczne Monsanto roundup na szare komórki w stylu “o mamma mia he’s italiono”.

I tu w tę niebezpieczną pustynię polskiej fonosfery wchodzi radio Pogoda z przebojami, które ostatni raz puszczano tak dawno temu, że już wszyscy o nich zapomnieli, zwłaszcza, że większość targetu tej stacji niestety jest już narażona na problemy z pamięcią. W każdym razie ja bardzo to radio lubię, bo nigdy nie wiem na co trafię, ale czuję się bezpiecznie, bo nigdy nie będzie to Paweł Kukiz ani Robert Gawliński. W najgorszym razie Anna Jantar się trafi, ale to już trudno. W dodatku w radiu Pogoda są takie urocze konkursy, gdzie można wygrać wczasy (sic!) w Busku Zdroju, a audycje z nutą humoru i pozbawione smutnych tematów prowadzi sam ściągnięty z pawlacza Wojciech Pijanowski oraz równie trącący nutą lawendy Krzysztof Szewczyk.

Dlatego dzisiaj jadąc z Konopkiem samochodem słuchałyśmy sobie dla humoru radia Pogoda, gdzie objawiła nam się reklama nowej płyty Roberta Janowskiego. Pamiętam Roberta Janowskiego, kiedy miał jeszcze długie włosy i grał dealera narkotyków Koksa w Nocnym Grafitti faszerującego dragami swoją dziewczynę narkomankę Kasię Kowalską**. Niestety praca w szołbiznesie powoduje, że człowiek zmienia się w osobę ulepioną z oczekiwań publiczności i tak też stało się z prowadzącym Jaką to melodię, którego wizerunek wyobracany przez ten teleturniej spowodował, że teraz nagrał on płytę z piosenkami typu “Zakochani są wśród nas”, a koncerty promuje w radiu Pogoda, gdzie lektor głosem typu “euroertefałiagiede” i zadęciem godnym reklamy nowego mercedesa obwieszcza:

“PARTNEREM KONCERTU JEST COREGA”.

Po tym obwieszczeniu długo nie mogłam się uspokoić.

 

*poza hardcorowym programem drugim z jego Schonbergami w porze pasterki, Wagnerami z Beyreuth w czasie kanikuły, dramatami operowymi w spokojne wieczory i kwartetami smyczkowymi niemieckich romantyków za każdym razem, kiedy modlę się, żeby ich nie było.

**https://www.youtube.com/watch?v=5zUw_fa9txc

Hiszpańskie Himalaje

Moi rodzice byli niedawno w Hiszpanii, na południowym wybrzeżu. Jednego dnia wybrali się na największą górę w okolicy. Matka trzy razy pokazywała mi na telefonie rodzaj podłoża skalnego, z którym przyszło im się zmierzyć – takie żółte skały o strukturze wyschniętej gąbki, nieregularne pumeksy. Podobno chodziło się po tym ciężko, no i wiadomo, w upale. Dla mamy dodatkowym wyzwaniem, były – jakieś tam jak to zawsze są – stromizny przy podejściu, ale na szczęście palmiaste krzaki dawały minimalne poczucie bezpieczeństwa (zarówno matka jak i ja boimy się stromych skał).

Schodząc z góry, rodzice natknęli się na grupę sześciu Anglików, z których pięciu szło obutych w buty górskie i z plecakami, a szósty szedł bez plecaka i w japonkach. Anglicy zapytali się moich rodziców o to, jak daleko to szczytu, na co moja mama zaczęła im entuzjastycznie odpowiadać na to pytanie, bo ostatnimi czasy bardzo podszkoliła swój angielski, a jest osoba towarzyską. Po wymianie informacji mój ojciec rzekł do człowieka w japonkach:
– Congratulations!
A pośród wybuchu wesołości moja mama zakrzyknęła jeszcze:
– Sherpa!