Las jako absorbent treści wypartych

Weekend mój zaczął się w piątek wyjazdem z Warszawy i wjazdem w las w okolicach Magdalenki. Najpierw po prawej stronie zobaczyłam jakieś nadgryzione zębem czasu, poprzywiązywane na dziko do drzew bannery z wizerunkiem Jezusa, tym najbardziej wintydżowo poprzecieranym, i z napisem w stylu “CZYŃ DOBRO W MOIM IMIENIU”. Za chwilę mignął mi kolejny banner z jakimś pobożnym hasłem z tej serii. A za moment, z drugiej strony drogi, mignęła mi tirówka. Jako człowiek wychowany w miasteczku otulonym puszczą nigdy nie przestanę się dziwić, co (i kogo) można znaleźć w lesie.

 

 

Advertisements

Obrzydliwa obrzydliwość

Wrażliwych ludzi, ludzi spożywających posiłek, a zwłaszcza wrażliwych ludzi spożywających posiłek uprasza się o nieczytanie tej historii.

Wszyscy, którzy zamierzają czytać dalej, robią to na własną odpowiedzialność. Opowieść zawiera drastyczne szczegóły dotyczące mieszkania z psem. To nie żart. Jeszcze możecie przestać czytać.

A. pojechała na urlop. Zawsze jak A. wyjeżdża Bicho musi zrobić coś okropnego. Zawsze.

Poszłam dzisiaj z nim do parku. Jesienna słota sprawiła, że nie było to tego popołudnia za bardzo frekwentowane miejsce. Odwiedziliśmy wybieg dla psów. Bicho powęszył. Mnie jak zwykle obsiadł wroni gang domagając się psich przysmaków. Nuda. To poszliśmy dalej. Bicho chodził po mokrej trawie na parkowej górce, a ja zauważywszy jego potencjał do wybuchu głupawki podsycałam jego wesoły nastrój, aż dał żwawego susa za rząd krzaków. Zaglądam tam – psa nie ma. Gwiżdżę – przybiega zadowolony, z podejrzaną miną i zamiast podejść do mnie biegnie na drugą stronę górki w inne krzaczory i już widzę co się święci. Wrzeszczę słowa nieparlamentarne i biegiem ruszam za nim. Oczywiście Bicho coś pożera. Rzucam się na niego, a on odskakuje mi susem, połyka do końca zawartość zarośli i dostaje głupawki. Biega po parku strasznie zadowolony i wygląda na najszczęśliwszego psa na świecie.

Targają mną złe przeczucia. A jak to była jakaś trutka na psy? No bo w środku parku, kto by zostawiał jedzenie, jedzenie ludzie raczej wywalają po najmniejszej linii oporu przez okno. Patrzę na dziada – idzie grzeczniutko i wygląda, że czuje się świetnie. Dzwonię do A., żeby ktoś ze mną zadecydował, czy mam sięgać po rozwiązania ostateczne, a A. nieuważna i przebywająca w innej, słonecznej rzeczywistości mówi, że no dobra to zrób. Postanawiamy, żeby dziadowi zrobić płukanie żołądka. Myślę sobie, że to trochę przesada, ale jak raz się okaże, że to jednak jakiś świr coś porozrzucał? To może na wszelki wypadek go zmuszę do womitów, to przynajmniej będę spokojniejsza, co też on pożarł. Po głowie chodziły mi te wszystkie zdjęcia zatrutych kiełbas, opisy jadowitych boczków, szynki dziurawiące psie wnętrzności jak szrapnele.

Wróciłam do domu i podstępem (sposobem przećwiczonym w sytuacji połknięcia przez Bicha zabawki) napoiłam Bicha środkiem wymiotnym. Bisio zmizerniał, zaczął się oblizywać, aż w końcu uśmiechnął się swoim charakterystycznym uśmiechem Mona Lisy pt. “zaraz się zrzygam”. I poszło…. Wszystko…

Ostatecznie okazało się, że jednak w krzakach było właśnie to, co w krzakach można na ogół znaleźć, jako że to ustronne miejsce i można się do niego przejść piechotą, zwłaszcza nie będąc królem. Myślę sobie jednak, że osoba, która pozostawiła po sobie to wspomnienie w parku, nie przypuszczała, że to wspomnienie zanim ulegnie rozkładowi zajdzie jeszcze do czyjegoś mieszkania. Jakimiż krętymi ścieżkami podąża jednak los.

Kancelaria Parafialna

Byłam dziś w kancelarii parafialnej. Wysiadywałam swoją kolejkę na lakierowanej ławce, po której przesuwałam pośladkami w kierunku prawym, w miarę jak kolejne osoby znikały z ławki za drzwi kancelarii. Każdy, kto wchodził, siadał z lewej strony i musiał przepolerować całą ławkę czekając na swoją turę. Tradycyjnie przeważały w kolejce starsze kobiety. Kiedy rozglądałam się po naszym rzędzie, widziałam umykające spod beretów i czapek siwe kosmyki.

Przed nami przeszedł z jednych drzwi do drugich młody wikary rzucając na boki z uprzejmym i zakłopotanym uśmiechem: “szczęśćbożeszczęśćbożeszczęśćboże”. Jego speszenie wynikało z ciasnoty poczekalnianego korytarza, gdzie milczące spojrzenia parafianek były tak krępujące, że aż młody ksiądz miał problemy z trafieniem kluczem do zamka. Po jakimś czasie wikary przeszedł swoją drogę zza drzwi z powrotem i zniknął w kancelarii.
– Przystojny – z uznaniem powiedziała świszczącym półszeptem jakaś parafianka z końca ławki. Wtedy jakoś nasza kolejka skojarzyła mi się z robotnikami w rodzaju wujków Mietków trącających się łokciami i obcinających przechodzące dziewczyny.

Tramwaj 35. Wczesne sobotnie popołudnie. 2015 rok, wrzesień.

– ….Hmmm, przepraszam panią, ale wie pani… te gazety… Super Ekspres, Fakt… – głos faceta, trochę już zużytego życiem, głos nieśmiały odzywa się do kogoś za mną – … Czytałem ostatnio coś takiego. Człowiek niedowidział. Na jedno oko…. czy na oba? Zrobili mu operację. Wyjęli zęba i wstawili do oka. I zaczął widzieć, myśli pani, że to możliwe?
– Nieeeee…No niemożliwe przecież – odzywa się rozbawiony głos starszej pani, domyślam się, że czytała jakąś z wymienionych gazet i stąd to zagajenie pana zużytego – To by się więcej o tym słyszało! A to w Polsce było?
– Nie, nie, chyba w Niemczech.
– Nie, proszę pana, to by się więcej o tym słyszało, gdyby coś takiego się udało.
– Ale może ja coś pomyliłem… Może jednak mu jakoś przez usta coś operowali i…
– Nie, nie wydaje mi się. Proszę pana, teraz to różne rzeczy wstawiają, do oka to soczewki wstawiają, ale wie pan, moje koleżanki, sześć już sobie soczewki wstawiło i gorzej widzą jak przed operacją! A jedna to w ogóle w dzień jak wychodzi to nic nie widzi. Sześć tysięcy operacja na jedno oko, to na oba dwanaście i gorzej tylko…
– … tylko aby pieniądze brać!
– Tak, aby pieniądze brać! – a po sekundzie ciszy pani dodała – Wie pan: te nogi… rozruszniki… To wszystko lipa.

Biedroneczka

Jakiś czas temu A. była na testach psychologiczno-reakcyjnych (czy czymś takim) w Ośrodku Badania Kierowców. Denerwowała się nieco i szukała po internecie informacji, czego też może się spodziewać, jakie są właściwe odpowiedzi etc. Ostatecznie jednak okazało się, że do przesuwania dźwigni na sygnał i innych zabaw tego typu, nie można się za bardzo przygotować wcześniej. Nie podziałało to uspokajająco.

Przystąpiła do testów. Już kwestionariusz na początku budził podejrzenia. Niby niewinne pytania, ale kto wie, co z tego wyczytają? Wypełniała tę ankietę obwąchując każde pytanie.

Potem z kwestionariuszem powędrowała do pani psycholog. Pani psycholog przeleciała wzrokiem po kartce i powiedziała, że punkty karne nie są wpisane, na co A. z emocji myląc się w wyliczeniach, a przede wszystkim kompletnie zapominając o tym jaką maksymalną ilość punktów można mieć, kazała sobie wpisać dwadzieścia (a naprawdę ma ich bardzo niewiele).
– O to proszę uważać, jeszcze 4 i straci pani prawo jazdy – przestrzegła ją pani psycholog.
W tym momencie A. zrozumiała swój błąd, ale głupio jej było się przyznać.

Pani psycholog znowu zajrzała w kwestionariusz, spojrzała na A. i powiedziała:
– Czy my się przypadkiem nie znamy?
A. nie kojarzyła.
– Chyba nie. Poza tym ja nie jestem z Warszawy tylko z S.
– No właśnie ja też. A z przedszkola, z podstawówki?
– Do podstawówki chodziłam do jedynki.
– A ja do trójki.
– A przedszkole na Pierwszego Maja, czy na Korczaka?
– Na Korczaka…
– Agnieszka?
– Tak.
– Byłaś biedroneczką na balu karnawałowym!
– Tak! Co za pamięć!
– Słuchaj to skreśl mi te punkty karne, bo się pomyliłam.

A potem było już tylko lepiej.

Właściwy stosunek do świata

Długo zastanawiałam się nad pierwszym wpisem. Nic się jednak ciekawego do opisu nie wydarzało. Wprawdzie byłam na grzybobraniu, gdzie pies moich rodziców zasmakowawszy na starość (samowolnie i ukradkiem) w maślakach pomyślał, że może zakąsić tym razem olszówkę, a potem spotkałam bucowatego sługę bożego, ale jakoś wątek grzybobrania się nie kleił, a na sługę bożego szkoda słów tracić.

Z utrapienia uratował mnie wspomniany już puchaty miłośnik leśnego runa, który dzisiaj udzielił mi życiowej lekcji. Lekcję zamieszczam poniżej. Uczcie się.

pieklo