Tefałpe

(Pamiętniczek sprzed roku, a zatem z kwietnia 2018)

W poniedziałek siedziałam u babci I. i oglądałyśmy reżimówkę. Nie to, że babcia by szczególnie protestowała, gdybym zmieniła program, ale w gruncie rzeczy telewizja i tak polega na tym by nic w niej superciekawego nie leciało, więc stwierdziłam, że skoro już mam okazję ją oglądać to zrobię to z antropologicznym zainteresowaniem i poświęcę się obserwacji jednego (nomen omen) kanału. Oto garść obserwacji płynących z wczorajszej oferty wieczorem TVP 1:

Wspaniałe stulecie
Na podstawie tego serialu poczyniałam obserwacje dotyczące natury miłości oraz nieodłączności głów niewieścich od diademokoron w czasach sułtanatu tureckiego. Otóż szambelan sułtana udał się na schadzkę z jakąś kobitą, z którą łączyło go jakieś zakazane uczucie, no bo właśnie po to schadzka. I ta kobita już tam czekała incognito w diademokoronie, ale w sumie jak dłużej nad tym myślałam, to każda tam chodziła w stroju jakby obrabowała pawlacz w Watykanie, więc oddałam sprawiedliwość, że jakby poszła bez diademokorony to zaraz by się zaczęły pytania kąśliwe„a w głowę to nie za zimno?” i plotki. No i tak się spotkali z szambelanem we dwoje i ona mu wyznała coś w stylu “Zrozumiałam, że życie bez ciebie jest pozbawione sensu…”, a on na to tylko przyciskał jej dłoń do swojej piersi, świdrował ją swoimi tureckimi oczami pod wrzecionowatymi zakolami i powiedział “Teraz, kiedy to powiedziałaś, mogę już umrzeć” – co sami przyznajcie, zabrzmiało cokolwiek złośliwie. Przykre było również to, że stojąca ze trzy metry od nich inna kobita w diademokoronie, przed nimi incognito będąca, spazmów dostała i poszła się otruć trucizną z pierścienia, czego tamci dwoje nie zauważyli i tylko ja chciałam krzyczeć do nich, że przecież religia szambelanowi pozwala obie poślubić więc po co te nerwy i zazdrostki, ale wybuchł pożar w porcie i nie wiem co dalej.

Przerwa na reklamy
Wyobraźcie sobie sytuację: siedzą dwie zadbane młode kobiety w eleganckiej kuchni i spożywają kolację. Tzn jedna siedzi, a druga wraca skądś i siada dopiero. I ta co siedziała wcześniej się pyta „Co tak długo?”, a druga odpowiada „Mam problemy z wypróżnieniem”, na co ta pierwsza zaraz wyciąga z miną Davida Copperfielda zupełnie znikąd jakiś środek rycynopodobny. A potem nagle inne szczęśliwe kobiety z innej reklamy śpiewają do radia w samochodzie, bo wprawdzie nie trzymają moczu, ale mają teraz nowe wkładki i mogą popuszczać do rytmu i na pełnym gazie.

Wiadomości
Jak uczyła moją klasę przed maturą pewna „wybitna” polonistka wypracowanie zaczyna się od wstępu, a zakończenie to powtórzony wstęp i tę zasadę stosują w Wiadomościach – zaczęło się od Smoleńska i na Smoleńsku skończyło, choć na czołówkę mimo wszystko wysforował się hit zamachu w Petersburgu. Poza tym Gazeta Wyborcza donosi Niemcom, PO przez 8 lat nic nie robiło, a rząd PiSu jest wspaniały. Żadne nowości.

Poza jedną. Że za „postkomunistyczną” konstytucją głosowało 6,5 miliona obywateli, a za Andrzejem Dudą 8,6 miliona. Rozumiem, że to argument, że gdyby prezydent łamał jednak tę szmatławą konstytucję, której oczywiście nie łamie, bo to gówniany dokument jest, ale gdyby mu się zachciało, no bo jest nasz, a tamtą Kwachu uchwalał, choć Andrzej przysięgał jej strzec, ale umówmy się – nie ma czego, więc nawet gdyby łamał, choć nie łamie, bo nie wolno, ale jednak, gdyby złamał, to mógłby, bo on miał więcej głosów niż konstytucja szach mat.

Z własnego riserczu wiem, że sam PiS w ostatnich wyborach miał 5,7 miliona wyborców (trochę więcej niż SLD-UP w 2001 – 5,3 miliona), a więc konstytucja z nim wygrywa, natomiast i konstytucja, i PiS, przegrywają z Bronisławem Marią Komorowskim, który miał 8,1 miliona głosów, więc teoretycznie powinna i konstytucja, i PiS mu skoczyć, joł.

Teatr Telewizji: Stygmatyczka

Kinga Preiss AD 2008 ociekająca mistyczną krwią, dysząca pod prześcieradłem i wydrwiwana przez komunistycznych oprawców. Zmieniłam program, bo obcinałam babci paznokcie i nie chciałam, żeby mi się ręka omsknęła.

Advertisements

Prezent

Moja ulubiona anegdota o Sokratesie to ta, w której przechadza się on po targu, a na pytanie, czemu chodzi do tego miejsca konsumpcji, skoro nic nie kupuje, żyje skromnie i nawet butów nie ma, Sokrates odpowiadał, że chodzi na targ popatrzeć jak wiele rzeczy nie jest mu potrzebnych.
Czterolatek, którego dzisiaj widziałam w sklepie z zabawkami, wyraźnie znajdował się w sytuacji przeciwnej – sklepowe półki wyraźnie uświadamiały mu, jak wiele rzeczy potrzebuje. No cóż, pamiętam dobrze stan “mamokup!” z dzieciństwa, toteż z empatią spoglądałam na tę młodą osobowość targaną namiętnościami, na tę tremę, że tak, właśnie teraz jest czas na wymuszanie, więc trzeba szybko coś wymyślić! Na to przejrzyste kombinatorstwo, jak tu wydębić od matki jeszcze jeden mały artefakcik, który się musi, musi posiadać.

– Mamo… Może kupimy Markowi ciastolinę?

– Ciastolinę? Przecież Marek już dawno nie bawi się ciastoliną!

– Ale ja się bawię…

Czy Wam też zdarzyło się kupić komuś prezent na podobnej zasadzie? Mi tak.

Algorytmy

Ostatnio często zdarza mi się wpadać w chandry a propos tego w jaką stronę zmierza świat. Głównie straszy mnie rewolucja technologiczna. Nie przeszkadza mi to jednak oczywiście w gapieniu się to w smartfon, to w komputer, chociaż potem jeszcze bardziej myślę o tym, w którą stronę zmierza świat, bo czytam o tym na smartfonie, komputerze i kindlu.
W obserwowaniu rozwoju technologicznego bardzo lubię technologiczne porażki. Dają jakąś nadzieję, że te maszyny, to jednak są do niczego, to jakieś mistyfikacje i niedoróbki. Ulubionym żartem mojego dzieciństwa był żart o ruskim kombajnie do obierania ziemniaków, który była prezentowany Amerykanom. Maszyna oczywiście podczas wsypania do niej tony tego słowiańskiego złota zacina się, ze środka wyskakuje żołnierz i mówi: “innych przysypało, ja uciekłem!”. To dowcip mojego ojca. Za to jego dziadek, a mój praojciec, poza tym, że lubił żarty o dupie (jak się nazywał przedwojenny premier Rumuni? Dupa Dupescu), też miał analogiczny żart o maszynie, ale oczywiście – do podcierania dupy. I też o Ruskich. Oczywiście ruska maszyna do podcierania to znowu żołnierz, ukryty w wychodku co się okazuje oczywiście, jak przejeżdża papierem po twarzy zaciekawionego testera tego produktu, testera z zagranicy. Kupa śmiechu.
Scena filmowa, którą uwielbiam, to fragment z Chaplina, gdzie testują na nim urządzenie do karmienia robotnika, żeby nie odrywał się od taśmy produkcyjnej. Polecam. Urządzenie karmi zupą i wyciera usta. Oczywiście szybko się rozregulowuje, oblewa zupą i tłucze wycierakiem po twarzy. To chyba pramatka scen o buncie maszyn. Coś ma być pożyteczne, a potem buntuje się jak Frankenstein i zamienia w potwora.

Jak fejsbuk. Czytałam o kimś, komu fejsbuk przypomniał zdjęcie sprzed roku z podpisem, że na pewno sprawi mu ono radość, więc może się nim podzielić z przyjaciółmi. Zdjęcie to przedstawiało samochód po wypadku, bo ktoś rok wcześniej miał wypadek. Albo moja koleżanka Maria, której fejsbuk pogratulował, że życzenia urodzinowe złożyło jej zero znajomych.

Albo jak google ze swoim pierdyliardem macek. Ostatnio uruchomiłam na telefonie jakąś googlowską aplikacje do zdjęć, która zaczęła żyć własnym życiem. Pokazał mi się komunikat, że aplikacja robi mi fajne gify z tego co znajdzie w galerii na komórce. No i super, jeden gif był z Bisiem zasypiającym, jeden z Bisiem tarmoszącym nosorożca, jeden z koleżanką Magdą i Konopkiem lejącymi gin i wino do miski na pranie.

Niestety dopadło mnie też bezduszne ciepełko tej aplikacji. Otóż Bicho dwie ostatnie noce miał z atakami padaczkowymi. Ataki te oczywiście przyszły nagle i bardzo nas zmartwiły, bo padaczka jest okropnym widokiem, a w dodatku nic na niego nie można poradzić, kiedy już się dzieje. Drugi atak częściowo nagrałyśmy komórką, żeby pokazać weterynarzowi. Cel był diagnostyczny, bo raczej wolę wyrzucić z pamięci jak to wygląda.

Dziś z rana radosna aplikacja do zdjęć przedstawiła mi gifa, zrobionego specjalnie dla mnie, z ataku padaczki Bicha!

Nasze życie z rasistą

Bisio jest psem poczciwym. To wielki pieszczoch, wielki śpioch i wielka pociecha. Ma jednak wstydliwy sekret: jest rasistą. Oczywiście sekret ten jest wstydliwy dla mnie, Bisio twierdzi, że ma już jeden kaganiec, który zakłada w tramwaju, i dziękuje bardzo, ale dodatkowo kagańca tak zwanej “poprawności politycznej” nosił nie będzie. Co ma do powiedzenia na temat kotów i psów ras brachycefalicznych, to powie. Dzięki temu mam sposobność obserwować rasistę z bliska.

Obserwując tak, cieszę się, że Bicho nie potrafi korzystać z internetu. To jego wielka zaleta. Dzięki temu nie powstają takie strony jak “stopmopsizacjieuropy.pl”, a na portalu Blood&Honor nikt nie wrzuca zdjęć kotów na listę wrogów Ojczyzny. Dobrze też, że nie wie, że myśliwi trenują psy do norowań szczując je na koty, bo zaraz by zaczął mailować z jakimś czerwonym na ryju sadystą i zgłaszać chęć wolontariatu. Wspaniale też się składa, że nikt nie przyznał Bisiowi praw wyborczych, bo raz, że każda kiełbasa wyborcza by go skusiła, a dwa, że i tak głosowałby na Kukiza.

Reasumując: bez internetu, praw wyborczych i kilku innych groźnych narzędzi w łapach, rasizm Bicha nie jest znowuż taki groźny, ale równie poczciwy, co on sam. Sprowadza się głównie do nagłego nurkowania pod samochody na parkingu pod blokiem, w poszukiwaniu kotów, które już zdążyły przejść pod następny samochód, a czasem nawet siedzą na samochodowej masce i przypatrują się spokojnie jak Bicho się miota. Oprócz tego rasizm Bicha przejawia się ubliżaniem na spacerach wszystkim mopsom, buldożkom i bokserom w okolicy. Bicho się jeży, wydyma policzki, mieli przekleństwa w pysku, macha wojowniczo ogonem, a potem przystępuje do rzucania się na smyczy, obrażania rodziny takiego mopsa, czy buldożka, wyzywa od ubeków, wysyła na Madagaskar i oskarża o wpływanie na decyzje banku światowego.

Ten jego rasizm jest upierdliwy i komiczny zarazem. Przedwczoraj na przykład Konopek wychodziła z nim na spacer, ale musiała czekać z wyjściem z domu, bo po klatce szedł sąsiad z buldożkami. Jak przeszli, to Biniek już był (za przeproszeniem) podkurwiony, bo zapach po buldożkach został i przez to Binio wypadł z klatki z silnym zamiarem, że komuś spuści wpierdol (za przeproszeniem) i miał nadzieję, że to będzie kot i był pod klatką kot, który się szybko ulotnił, pozostawiając zapach, więc Biniowe nerwy były coraz bardziej napięte i coraz bardziej domagały się się przemocy i trafił się kolejny kot, ale tym razem ukryty za skrzynką elektryczną, ale wydzielał zapach, aż Bicho tego kota dojrzał i się rzucił i… się okazało, że to była foliówka, a prawdziwy kot nadal siedział za skrzynką. Tak czy siak śmierć wrogom Ojczyzny.

Wczoraj za to, może już nie przez rasizm, ale głęboką nienawiść w stosunku do wroga numer jeden – labradora Omara, Bisio mało nie umarł. Po spacerze dostał jak zwykle śniadanie, po czym, podczas posiłku, Bisio usłyszał, jak po klatce idzie Omar, więc się zjeżył, wydął policzki i chciał powiedzieć Omarowi, że jego matka była podłej konduity, ale się biedak zakrztusił śniadaniem. Także wpadłam do pokoju słysząc chrząkania i kaszel, gotowa do ręcznego usuwania ciał obcych z gardła i wytrząsania ich za pomocą podnoszenia za tylne łapy, ale się okazało, że ten nienawistnik jakoś sobie jednak poradził: zjeżony ciągle na zadzie, zjadał groszki, które wykrztusił, a jednocześnie wydawał z trzewi ordynarne pomruki. Ale mało się tą nienawiścią nie udławił.

Co natomiast Bisiowi pomaga na rasizm? Przede wszystkim odległość od domu. Im dalej, im teren bardziej neutralny i nieznany, tym bardziej tolerancyjny Bisio się robi. Nie ubliża nikomu, zachowuje się taktowanie, chociaż raczej unika zadawania się z płaskonosymi, ale też nie jakoś ostentacyjnie. Oczywiście buldożyce łatwiej mu znieść niż buldogi, które, jak wiadomo, przyjechały do Polski zabierać polskim kundlom kanapy i gwałcić polskie suki, a to wszystko przez tą Merkel, ale niech już sobie te buldogi będą na tych Polach Mokotowskich, byle tylko mu do dzielni nie przyjeżdżały i nie szczały na jego krzaki. Tak czy inaczej, dobre efekty wychodzenia z grajdołu utrzymują się nawet po powrocie do niego, Biniek nieco uświatowiony życzliwiej patrzy na psy dookoła. Zwłaszcza jak jest zmęczony bieganiem, bo ruch na świeżym powietrzu, też sprawia, że nie chce mu się już wygrażać innym.

Ale kotów i tak nienawidzi, bo polowanie na koty to piękna, rodzinna, łowiecka tradycja i chociaż przodkowie Bisia raczej byli z tych psów karmionych kartoflanką i przykutych łańcuchem do budy, to lubi Bisio sobie wyobrażać, że pochodzi od ogarów, które szczuły koty na piastowskich dworach.

Mama

Zarówno ja, jak i mój brat uważamy, że nasza matka urodziła się w niewłaściwej strukturze społecznej. Ta kobieta powinna żyć w plemieniu, grać na bębnach, palić ogniska, uczyć kobiety karmienia piersią, przesiadywać na skale lub drzewie i otoczona czcią ludu powinna się wysypiać w swoim szałasie i opowiadać wieczorami co też za wizje jej duchy w snach pokazały. Społeczeństwo polskie drugiej połowy wieku XX i pierwszej wieku XXI nieszczególnie pozwoliło jej się rozwinąć w naturalnej roli szamanki. Z tej frustracji w naszym księgozbiorze rodzinnym stale powiększającym się działem były senniki, książki o akupunkturze, a swego czasu też pamiętam jak matka przesiadywała na tapczanie przykrytym jaskrawą, żółtozieloną narzutą z książką o i-chingu i rzucała zawzięcie monetami. Wierzcie lub nie, ale w każdej z ezoterycznych dziedzin, jakimi się parała miała jakieś sukcesy, poza tym że sny o gównie nie przyniosły nam jeszcze żadnej wygranej w totolotka, ale jeszcze się wszyscy przekonacie!

Ta szamańskość mojej matki potrafi być naprawdę bardzo urocza. Wpadła do nas na dwa dni z krótką wizytą i mierzyła wysokość blatu w kuchni poprzez zapamiętywanie na jakiej wysokości jej ciała się on znajduje.

– Aha, na wysokości mojej czakry sakralnej…

Za to dziś obudziłam ją i oczywiście z miejsca opowiedziała mi swoje sny: jeden straszny o oddziale policji masakrującym karabinem maszynowym Murzyna pod urzędem miasta w Pionkach, a drugi, że córka koleżanki nosiła dziecko w hot dogu.

 

Dwa obrazki z roku zeszłego

Obrazek 1 – PKP

Planowałyśmy z Konopkiem wyjazd z kilkudniowym wyprzedzeniem. Pociągiem do Pionek można się dostać tylko z przesiadką – albo w Dęblinie, albo w Radomiu. Wybrałyśmy połączenie przez Dęblin, najpierw IC (zapowiadany w epoce sprzed automatów przez panią na centralnym jako “pociąg pospieszny do Lublyna przez Dęblyn”), a po przesiadce KM, a więc osobówka.

Już przy kupowaniu za wczasu biletów, pojawiła się pierwsza nieprawidłowość, bo pani w kasie sprzedała nam bilet IC dobrze, natomiast bilet KM liczył kilometry według nieistniejącej pociągowej trasy z zawrotką Dęblin-Pilawa-Dęblin-Pionki w związku z czym bilet wyszedł mi niemożliwie drogi. Więc po stwierdzeniu nieprawidłowości trzeba było drugi raz wizytować dworzec.

Potem ze stosownym zapasem czasowym stawiłyśmy się na dworcu centralnym – my dwie i Bicho poirytowany kagańcem, który zgodnie ze swoim zwyczajem starał się z siebie zdjąć trąc nim o nasze nogi, a czasami wtykając go bez ostrzeżenia i z całej siły między pośladki którejś z nas. Dobrze, że przyszłyśmy wcześniej, bo pociąg pospieszny IC opóźniony był 35 minut, co było super sprawą, zwłaszcza, że na przesiadkę w Dęblinie miałyśmy 5 minut, a następny pociąg z Dęblina do Pionek odjeżdżał 2,5 godziny później.

Dzięki szybkiemu rozeznaniu Konopka znalazłyśmy kaemkowe połączenie przez Radom, więc pobiegłyśmy z Bichem na Śródmieście – królestwo osobówek. Ale nie było widać naszego pociągu do Radomia. Dlaczego? Bo to nie była zwykła osobówka, to była osobówka przyspieszona, a przede wszystkim piętrowa. Jeśli ktoś z was śledzi dzieje kolejnictwa w Polsce ten wie, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Koleje Mazowieckie kupowały piętrowe wagony, przeprowadzana była modernizacja tunelu średnicowego, więc nie wzięto pod uwagę, że wagony mogą być piętrowe i nie podwyższono tunelu, więc piętrowa osobówka do Radomia akurat jedzie przez Centralny, a nie jak chyba wszystkie inne przez Śródmieście. Nie powiem, gdzie zatem metaforycznie byłyśmy, poza tym, że na Śródmieściu.

Wytężyłyśmy jednak naszą pomysłowość i wsiadłyśmy w pierwszą lepszą SKMę, by dogonić nasz pociąg piętrowy na Zachodniej. Prawie że krzycząc “za tym pociągiem!” i “szybciej, szybciej, na Boga!” dojechałyśmy na Zachodnią w samą porę. Wsiadłyśmy do pociągu radomskiego zziajane. Anka poszła po bilety do konduktora, a ja usiadłam z Bichem gdzie bądź się dało się z psem, a z psem wielkości Bicha nie jest to takie proste. Jednak znalazłam odginane siedzenie przy zejściu z piętra i tam spoczęłam z plecakiem, torbą, litrową wodą i Bichem na smyczy.

– Z psem się siedzi nie tutaj, tylko gdzieś w łączniku chyba – z jakimś rodzajem niezadowolenia i obrzydzenia powiedziała kobieta o aparycji Beaty Szydło i tak też jak Beata do opozycji przemówiła w naszym kierunku.
– Na razie siedzę tutaj – mruknęłam i się zjeżyłam pod plecakiem. Nie jestem mistrzem ciętej riposty, dlatego zaczęłam zaraz przygotowywać sobie odpowiedzi na przewidywane kolejne ataki ze strony kobiety szydłopodobnej. I tak siedziałam zjeżona i gotowa do szermierki słownej, kiedy moja przeciwniczka po jakimś czasie natarła znowu.
– Ja mam alergię na psy – powiedziała z nutką histerii i znowu obrzydzenia jak Beata Szydło mówiąca o Donaldzie Tusku.
– Bardzo przepraszam – powiedziałam swoją ripostę. Świetna, nie? Na swoje usprawiedliwienie mam to, że powiedziałam to tonem szorstkim. Najszorszczszym jakim potrafię.

I jechaliśmy tak już powoli w napiętej ciszy panującej między mną i Bichem, a premierką tego pociągu. Na piętro weszło starsze małżeństwo i zaczęli debatować nad moją głową i nad możliwościami znalezienia sobie miejsc, by mogli siedzieć blisko siebie. Zauważyli, że obok moje przeciwniczki-alergiczki jest wolne siedzenie, a w ostatnim rzędzie, za nią, też jest jedno miejsce wolne. Zapytali kobietę szydłopodobną, czy można? Ale kobieta szydłopodobna zaczęła gorączkowo przyciskać coś na telefonie i mówić, że czeka na koleżankę. Kiedy starsi państwo sobie poszli zaraz przestała udawać, że próbuje się z kimś skontaktować i stało się jasne, że nie wsiądzie żadna koleżanka. Kichać, też nie kichała. Wyglądała jak Szydło, mówiła jak Szydło i kłamała jak Szydło.

Reszta podróży mimo wszystko zleciała sprawnie, a na peronie dworca w Pionkach z plakatów przywitał nas Stanisław Michalkiewicz.

Obrazek 2 – Spacer po puszczy.

W sobotę zaplanowałyśmy spacer do mojej babci przez bezdroża wokół mojego parafialnego kościoła (który nie wiadomo jakim cudem, nie zagrał we “Władcy Pierścieni”) legendarną ulicą Aleje Lipowe, a potem skrajem Puszczy Kozienickiej.

Opuszczając moje osiedle zauważyłyśmy kolejny plakat Stanisława Michalkiewicza, który w tę piękną, wiosenną, słoneczną sobotę przybył do mojego rodzinnego miasta bez Żydów by w Miejskim Ośrodku Kultury pielęgnować lokalny płomień antysemityzmu, straszyć małe dzieci Sorosem i postulować golenie kobiet na łyso, jeśli się z nim nie zgadzają.

Mijając podwórka przy Alejach Lipowych podziwiałyśmy talerze anten satelitarnych obróconych w stronę słońca jak kwiaty i słuchałyśmy radosnych pokrzykiwań bawiących się dzieci (“Nikola, chodź tutaj!” “Kewin, Kewin, popatrz!”), aż wkroczyłyśmy w skraj mojej rodzinnej puszczy, która akurat na swojej płyciźnie jest dokładnie tym, co Masłowska określiła jako “a tu takie ni to las ni to wysypisko”.

Idąc przez lasy mojego dzieciństwa nie sposób było nie zauważyć, że głównie żeruje tam gatunek homo sapiens – pije, pali, je i defekuje, co skrzętnie wykorzystał Bicho posilając się defekatem spod drzewa. Po awanturze jaką mu zrobiłyśmy oblizywał się intensywnie patrząc nam bezczelnie w oczy i przymrużając własne, czym wywoływał w nas jęki obrzydzenia i mdłości. A potem jego radości, biegów i podskakiwań nie było końca.

Pośród pięknych, starych dębów, każdy pieniek niósł ze sobą historię miłych chwil jakie przy nim, jak przy stole, spędzili mieszkańcy Mickiewicza, Dębowej i nie tylko (zresztą co jakiś czas migały nam między drzewami kolorowe kurtki samców szukających ucieczki przed rodziną w towarzystwie kolegów). A to puszka, a to butelka, a to pusta paczka papierosów. W końcu społeczniczka drzemiąca w Ance nie wytrzymała, znalazła w moim plecaku jakieś torby foliowe i zaczęła zbierać śmieci. Mało powiedzieć, że to syzyfowa praca. Dwie torby zapełnić to chwilka, ale nieść te torby do kosza, to znacznie dłuższe przedsięwzięcie. I tak niosłyśmy te śmieci przeklinając na czym świat stoi i gdzie są leśnicy. Odpowiedź przyszła szybko, bo trafiłyśmy na kawałek wyciętego (i też zaśmieconego) lasu, pamiętającego najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa, kiedy chorowałam z bratem na świnkę i zamiast do przedszkola poszliśmy z babcią na spacer do lasu, tego lasu.

I pozostało nam już tylko przeprawić się koło ogródków działkowych przez tory i znaleźć kosz, w okolicy Lidla, kiedy z lasu zaczął biec w naszym kierunku człowiek rycząc “Eeeeeej! Eeeeeeej!!!”. Im bliżej był tym bardziej było jasne, że jest jednym z żerujących w okolicy ludzi, bo już się trochę chwiał. Zamachał papierosem i zdyszany powiedział “Ejdziewczynymacieognia?”. Anka podała mu zapalniczkę. Długo nie mógł zapalić, bo wiatr przeszkadzał. W końcu zapalił i powiedział “Ej dziewczyny chodźcie do nas”. Ale miałyśmy te torby, to nie mogłyśmy pójść, to podziękował i zniknął w cieniu wielkich, dostojnych dębów.

baczek

Tramwajem przez Umschlagplatz

Bardzo wciągnęła mnie biografia Sendlerowej. Czytam ją głównie przy śniadaniu, w drodze z pracy i z powrotem. Jakoś tak się ułożyło, że od dłuższego czasu mieszkam w takim miejscu Warszawy, z którego wyprawa do większości punktów, w które się wyprawiam tramwajem prowadzi przez tereny byłego getta. Dlatego tę Sendlerową czytam w drodze do  lub z pracy często przejeżdżając trzydziestką piątką przez Umschlagplatz, czyli przystanek Dzika. Chyba to jedyny tramwaj, który tamtędy jeździ i jak sobie przypomnę to się gapię za okno i próbuje sobie wyobrazić wszystkie sceny, o których czytałam w książkach, ale chociaż wydaje mi się to dziwne, miejsce to nie mówi nic.

Dzisiaj po raz kolejny wsiadłam do 35 z Sendlerową i zupełnie zatonęłam w tej ciekawej, na ten okropny sposób, w jaki ciekawa jest literatura o drugiej wojnie, lekturze. Także czytałam o niemowlętach rzucanych z okien, o płonącym getcie po powstaniu o Polakach, którzy pomagali, o tych którzy pomagali za pieniądze, o tych którzy pomagali, nie wiedząc, że ukrywają Żydów, a część z nich rzucała pełne radości uwagi na temat płonącego getta, o tych, którzy pomagali i źle traktowali, ale nie wydawali, o tych którzy pomagali, ale ponieważ byli ze środowisk przedwojennie antysemickich, to wydawali odezwy, że Żydzi to ciągle wrogowie narodu polskiego, no ale trzeba pomóc i milion innych historii o pomocy, w których nic nie jest moralnie jednoznaczne. W tym wszystkim ciągle przewija się strach przed Polakami, że rozpoznają i Niemcom wydadzą. W każdej historii zawsze jest ktoś, kto szantażuje, ktoś kto donosi lub ma donieść. Jak to czytam, to sobie nieciepło myślę o tej awanturze z ustawą o IPN, o tej burej pianie odgrzanych fraz o parchach etc., która zebrała się przy tej okazji na polskiej prawicy razem z gorliwymi zapewnieniami o samej szlachetności zawsze wypływającej z Polaków w stosunku do Żydów.

Także czytam tę Sendlerową, mijam getto i wysiadam na Bielanach. Przed wyjściem, łowię uchem rozmowę dwóch pryszczatych nastolatków, którzy omawiają prawidłowe odpowiedzi na teście z historii. Test z czego? Z drugiej wojny, z obozów koncentracyjnych etc. Jeden z nastolatków oddycha z ulgą, że sobie przypomniał, że był taki obóz jak Auschwitz, drugi się pyta, że chyba tam wysyłali tylko Polaków? Potem wychodząc jeden z nich mówi, coś w stylu, że Żydzi dużo robili, robili z nich mydło.

Sobie przypomniałam jak wiele tego typu rozmów w życiu słyszałam i jak wiele z tych rozmów wynika z głupoty, ignorancji, gówniarstwa, z poczucia, że nikogo to nie urazi, bo Żydów już wśród nas Polaków nie ma. Za to ile z nich przypomina te tekściory, które słyszeli Żydzi przytaczani w książce o Sendlerowej. Miałam jednego kolegę, syna znajomych rodziców, który w drodze ze szkoły opowiadał mi dowcipy, w tym dowcip o żydolotku, że Niemcy zrobili totolotek, w którym liczby losowali strzelając do żydów z numerami na plecach. Dowcip! Albo taki dowcip usłyszany w czasach liceum, że Żydzi lubią koszule, jakie?  Jedwabne. Albo wysłuchiwałam całkiem niedawno osoby, która wierzyła, że u Żydów pedofilia w kulturze jest aprobowana, a na moje protesty, że informacja cokolwiek nieprawdziwa, otrzymałam klasyczną odpowiedź, że informacja wiarygodna, bo to Żydzi o Żydach napisali.

I tak w sumie ciągle gdzieś coś się słyszy.

P. S. Tak mnie zastanawia, że ten nastolatek z tramwaju ledwo znał nazwę Auschwitz, a przecież po Erasmusie w Belgii wiem, że jest to najbardziej znane “turystyczne” miejsce w naszym pięknym kraju. Belgowie, których spotkałam, najczęściej byli w Polsce, ale z wizytą w Auschwitz li i jedynie, czasem ktoś niechcący po drodze zaliczał takie skromne miasto jak Kraków. Lustrzana ignorancja, w jakiś sposób.