Kaszel

Wieźliśmy dziś babcię Jagę na wielkanocne śniadanie u stryjowstwa. Babcia rozkaszlała się nam w samochodzie, więc zmartwiona zapytałam:
– Babciu, a co to za brzydki kaszel?
Babcia na to z pełną powagą i nutą naukowego wykładu, powoli cedząc słowa, odparła:
– To jest kaszel p r z e d ś m i e r t e l n y.
Po czym rozkaszlała się znowu i ze złością przeklęła “Kurnaolek”.
Dlatego do śniadania wypiłyśmy trzy kieliszki czystej za jej zdrowie. Trzy. Zgodnie z jej zasadą, że “Boh trojcu ljubit”. A potem siedziała w fotelu na tarasie, patrząc na tulipany, które zasadziła w ogródku, na wróble w karmniku i słuchała trójki.

Advertisements

Wstyd

Tydzień temu spacerowałyśmy z psem po osiedlu. Był środek ciepłego dnia, weekend i wiele osób wyszło z domu, żeby poczuć wiosnę. Mijałyśmy osiedlowe centrum sportowo rekreacyjne, gdzie dwóch chłopaków w wieku studenckim z dużym zapałem grało w ping ponga. W ich grę wpatrywał się zafascynowany 3-4 latek, który z emocji podszedł tak blisko, że prawie dotykał krawędzi stołu. Wtedy jeden z chłopaków powiedział, nie przestając grać:
– Cześć. Chcesz zagrać?
W tym momencie chłopczyk panicznie uciekł do czekającej na niego na chodniku matki wbijając swoją twarz w jej brzuch i obejmując ją kurczowo. Matka pogłaskała go czule po głowie.
– Powiedz: innym razem chłopaki! – powiedziała jak obok nich przechodziłyśmy.
Chłopiec w tym czasie naciągnął sobie czapkę na całą twarz, bo skoro nie udało mu się schować w matce, to może uda się w czapce, po czym usłyszałam jego dramatyczny ton:
-Nigdy tu nie wrócę!

Nie wiem po co jest w ludzkim mózgu ewolucyjnie zaprogramowane, że człowiek ma ochotę sam się pokroić w drobne plasterki i nakarmić sobą psa z powodu tak dziwnego uczucia jak wstyd. No bo w zasadzie, nic się nie wydarzyło, a jednocześnie każdy rozumie, że była to wielka tragedia.
 

No cześć.

Wyszłam z pracy, dzwoni telefon. Nieznany mi numer. Odbieram.
– No cześć, kiedy będziesz w domu? – mówi do mnie luzacko jakiś sebiks, po czym pytająco recytuje mój adres, a mój mózg zaczyna buksować trybami próbując wykminić skąd ten typ zna mój telefon, mój adres i czeka na mnie pod domem, mimo że dalibóg głos ten nie należy do żadnej znanej mi osoby.
– Kurier mówi…  Kiedy będziesz w domu? Mogę Ci zostawić tę paczkę u sąsiadów?
No tak. Kurier. Zapowietrzam się oburzona i mówię:
– Dlaczego na “ty”?
– Słucham?
– Dlaczego na “ty”?
– Nie powiedziałem “ty”.
– Dlaczego w drugiej osobie liczby pojedynczej? – mówię i czuję się jak Jacek Federowicz w komedii Barei, jak karykatura inteligencika.
– Słucham?
– Mówi p a n do mnie w drugiej osobie liczby pojedynczej.
– Ej no, słuchaj, ja tu do nikogo nie mówię, nikogo nie obrażam, nic takiego nie mówię, ja tu chce paczkę, doręczyć, do sąsiadów? Do sklepu? Mogę? – zaperzył się kurier – Mnie tylko to interesuje, żeby paczkę doręczyć i żeby wypłata była, nie? – wyłuszczając swoje credo znowu powrócił do swojej sebiksowo-luzackiej stylówy i prawie że widziałam jak cwaniacko puszcza oko i pocmokuje przy “nie?”.

Dogadaliśmy się jakoś ostatecznie, ale mój zbiór osobistych anegdot o tym, że kurierzy to straszne dziady, się powiększył.

Nocny terier

Dwa tygodnie temu pisałam, że wychodząc z Bichem na siku o drugiej w nocy, w pośpiechu i półśnie, czułam się jak żołnierz aliancki desantujący plażę Normandii.

Dziś o pierwszej piętnaście, kiedy z tych samych przyczyn wyszliśmy z Bichem przed blok, byłam dużo spokojniejsza, choć tak samo półprzytomna. Darowałam sobie jednak przebieranki – wyszłam w płaszczu zarzuconym na piżamę i butach wzutych na bose stopy. Na podwórku nikogo. Bisio, śpiący jak ja, nasikał na drzewo dziesięć metrów od naszej klatki, po czym oboje spokojnie zaczęliśmy wracać do domu.

Wtem! Usłyszeliśmy szczęk drzwi w bloku naprzeciwko i jak nie wypadnie na nas terier niemiecki a myśliwski, z futrem czarnym jak mundur esesmana, ścigany okrzykami (“nieeeeeee!!!”) własciciela, i jak nie zacznie szczuć mi Bisia, jak nie zacznie ujadać jak psychopata. Był to już drugi w życiu atak patoteriera na mojego jelonka Bambi, podczas pierwszego ataku zawiodłam, więc teraz była szansa się zrehabilitować. Najpierw kręciliśmy się w kółko, ja broniłam odzianymi w piżamę łydkami mojego szachowego króla, a potem jak nie ryknęłam z trzewi tego najpotężniejszego słowa wszechsłowiańskiego “kurrrrrrrrrwa!” prosto w ucho tej osaczającej nas bestii! Od razu go odpaliło na trzy metro prosto do właściciela, mówiącego cichutko “przepraszam, przepraszam”.

Wróciliśmy z Bisiem oboje zjeżeni, ale też z poczuciem zwycięstwa. Słowa mają jednak siłę.

Poprzedni atak teriera na Bisia miał miejsce na spacerze w okolicach Karpacza. Szliśmy z Konopkiem we trójkę przez wieś, Konopek trzymała Bisia na smyczy, ja szłam za nimi. Było spokojnie i sielsko, dopóki w ułamku sekundy nie zauważyłam, że z nieogrodzonej posesji zmierza w naszą stronę terierzyca z szybkością i determinacją rakiety samonaprowadzającej. Mając doświadczenie z wiejskimi burkami stanęłam jej na drodze, myśląc, że to wystarczy, że ją spłoszę, jak to się zwykle dzieje. Gdzie tam! Terierzyca nieznacznie zmieniła swoją trajektorie i bez żadnych wątpliwości od razu wczepiła się w niczego nie podejrzewający chudy pośladek Biszkopta. Bisio zawył, zakotłowaliśmy się wszyscy w bójce, terierzyca odskoczyła na bok, ja przyskoczyłam do niej wyzywając ją od najgorszych i pilnując, żeby nie ważyła się na powtórny atak.

Bisio i Anka uchodzili jak najdalej od tego wcielenia zła, a ja i owo wcielenie stałyśmy naprzeciw siebie zjeżone. Ona, nikczemnego wzrostu, stała na jakimś nasypie, żeby patrzeć mi oczy i patrząc w oczy ciamkać, rozcierać na podniebieniu krew mojego psa i zasysając powietrze pyskiem rozsmakowywać się w niej.

Czemu woda nie zamarza?

Kiedyś już pisałam o mojej w tym miejscu: https://memlar.wordpress.com/2018/03/08/mama/

Ale napiszę to co najważniejsze na potrzeby dzisiejszej opowieści: moja matka jest osobą, która dużo śni. Wszystko to pamięta, analizuje przeglądając swoje pięć senników z rana. Śnią jej się zmarli, więc ma to często charakter obcowania z przodkami, często są też to jakieś mieszaniny Tarantino z Salvadorem Dalim.

Dzisiaj pojechałam z rodzicami do Kazimierza, gdzie znajduje się dom moich pradziadków, który ma skomplikowany status własnościowy. Mimo to moja mama dba o ten rozsypujący się kawałek naszego dziedzictwa, rodzinnego muzeum i miejsce wielu ważnych wydarzeń. W domu nikt nie mieszka, więc trzeba na zimę zakręcać główny zawór wody, żeby w czasie mrozów nie doszło do uszkodzenia rur.

Do Kazimierza pojechaliśmy na spacer, ale weszliśmy też do domu, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim ok. Mama weszła do środka i powiedziała, że mimo wszystko w środku temperatura na plusie, bo woda, która została w misce w środku, nie zamarzła.

Podczas spaceru, kiedy przechodziliśmy cmentarzem obok grobu na prababci Janki, moja matka westchnęła:

– Śniła mi się babcia Janka, że paliła w piecu. Może dlatego ta woda nie zamarzła?

Okulary

Byłam dzieckiem raczej grzecznym, uczciwym i prawdomównym. Zdarzały się jednak wyrwy w tej uczciwości i kiedyś moje dziecięce cnoty moralne prysły wobec żądzy noszenia okularów. Na etapie późno przedszkolnym dopadło mnie to niespodziewane pragnienie, zniewoliło moje sumienie i doprowadziło mnie do uknucia intrygi. Założyłam, że rodzice kupią mi okulary, jeśli będę źle widziała, no bo po to ma się okulary. Tylko problem leżał w tym, co to znaczy, że się źle widzi? Niestety, nie miałam pojęcia o wadach wzroku, więc sama postanowiłam jakąś wadę wymyślić. Inspirując się starym czaro-białym telewizorem wywiezionym do domu w Kazimierzu, na którym oglądaliśmy kiedyś “Stawkę większą niż życie”, postanowiłam zasymulować brak widzenia koloru. Przecież musi być taka choroba!

Nie pamiętam dobrze początków moich udawanych skarg na nieprawidłowe widzenie barw, pamiętam tylko moją matkę jak zmartwiona wyciąga kolorowe kredki z niebieskiego jeża w czarnym kapeluszu (takiego rodzaju przybornika na biurko) i pyta mnie o kolory tych kredek, a ja doskonale widząc te kolory, bo przecież kurde, jakoś dałam radę się ich wcześniej nauczyć, z poczuciem winy lecz niewzruszonym pragnieniem osiągnięcia swojego celu, kłamię. Kłamię, że czerwona to żółta, że niebieska to zielona, i przeżywam dramat, że kłamię zmartwionej mamusi, ale wiecie: okulary! Okulary!

Doszło w końcu do tego, że rodzice zawieźli mnie do Radomia do okulistki. Weszliśmy tam, a mi szybko biło serce, bo gra weszła w decydującą fazę. Wszystko albo nic! Pani okulistka kazała mi patrzeć na jakieś kształty na tablicy, zajrzała mi w każde oko osobno i… wzięła jakieś żółte dziecięce okulary z gablotki i założyła mi je … Zamarłam. Cel był tak blisko!

Niestety! Wszystko się zepsuło. Nagle zaczęła mnie pytać o kolory jakiś przedmiotów w pokoju i jakoś nie mogłam się zdobyć na kłamstwo. Nazywałam kolory prawidłowo, czując jak zwycięstwo wysuwa mi się z rąk, aż ostatkiem sił, jednak przekłamałam kolor jakiegoś zeszytu, czy kredki. Do dzisiaj czuję ten świdrujący wzrok okulistki, która w tym momencie jakoś przejrzała moje oszustwo i przyłapała mnie na mówieniu nieprawdy.  Wiedziała, że ja wiem. Widziałam, że wie ona. Pod tym wszechwiedzącym spojrzeniem Jezusa na Sądzie Ostatecznym zmiękłam i zawstydzona wypowiedziałam prawidłową nazwę koloru. Przegrałam.

Okulistka nie powiedziała głośno, że kłamię, że symuluję, nic takiego nie pamiętam, ale wiedziała o moim grzechu i wracałam z rodzicami do domu z poczuciem hańby, ze zszarganym sumieniem, zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd? Może choroba starego telewizora wywiezionego do domu w Kazimierzu nie istnieje?

Za to kilka lat później strasznie ucieszyłam się odkrywając fakt istnienia daltonizmu – choroby, którą wymyśliłam. Mój wewnętrzny oszust szeptał mi: “wiedziałem, wiedziałem, że musi być coś takiego!”.

Najgorsze jednak było to, że wracając wtedy od okulistki musiałam pogodzić się z tym, że nigdy nie będę nosić okularów.