Stoicyzm z delikatesów

W zeszłym tygodniu wieczorem zaszłam do moich ukochanych delikatesów (wielu wie których), gdzie na kasie z alkoholami stała moja ulubiona sprzedawczyni – pani Ewa. O pani Ewie już kiedyś pisałam w poprzednim wcieleniu Memłaru, dość powiedzieć, że jest to sprzedawczyni, która angaż do filmów Barei miałaby w kieszeni i która tak jak niektórzy rzekliby “liczą się dobre chęci”, “w mądrej głowie dość po słowie”, czy coś, to panią Ewę podsłuchałam kiedyś jak mówiła stare porzekadło, że “nie wielkość przyrodzenia tylko sztuka pierdolenia”. Przy czym – zaznaczam – pani Ewa przeklina tylko czasem, mówi wszystkie “dziękuję” i “proszę”, “dzień dobry” i “do widzenia”, ale mówi to z wrodzoną dumą i hardością. Wspaniała postać.

Wracając do opowieści – pani Ewa stała na kasie i poirytowana mówiła klientowi o jakiejś klientce, która co nie przyjdzie, to wykładając artykuły z koszyka uderza nimi w ladę.

– Może zły dzień miała? – zasugerował klient.
– Zły dzień? Zawsze ma zły dzień! Co nie przyjdzie to mi tu wali zakupami po całej ladzie!
– A młoda?
– Taka ja wiem? Czterdzieści? Może trzydzieści pięć? – pani Ewa zamyśliła się i chwilę milcząco skanowała artykuły spożywcze klienta, po czym znowu wpadła w irytacje i doszła do wniosków ogólnych – Ja nie wiem! Ludzie to podłe, wredne… I po co im to jak wszyscy i tak umrzemy?!

Advertisements

Impro

Jakiś czas temu zaczęłam chodzić na zajęcia z improwizacji teatralnej, co zaowocowało między innymi zmniejszeniem się mojego poczucia wstydu i obciachu.
 
A zatem wpadając dziś na Dworzec Śródmieście i widząc eskaemkę jak zwykle zatrzymaną jak najdalej od wejścia wschodniego, czyli dziobem w połowie peronu, i widząc tył głowy pani konduktor wychylonej z wagonu i mówiącej już do walkie talkie, że z tego co ona widzi, to mogą już ruszać, a mówiła tak, bo nie patrzyła w moją stronę i nie widziała, że ja biegnę i brakuje mi już bardzo niewiele, ale bez jej pomocy ten wysiłek przepadnie, dlatego ostatnim rozpaczliwym gestem postanowiłam zwrócić uwagę konduktorki na siebie krzycząc, to co przyszło mi do głowy, tak jak na zajęciach impro uczyli, pierwsze skojarzenie, dlatego wydarłam się:
– Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
 
I zaczekano na mnie.

Masłowska

W zeszły czwartek przyjechała do mnie z okazji wigilii wigilii dnia matki matka. Przyjechała busikiem, czekała na mnie pod pomnikiem Starzyńskiego na placu Bankowym. Z miejsca zarzuciła mnie monologiem o tym, że kocha piwonie, a te już się kończą, zabrała mnie w podróż sentymentalną po okolicy, gdzie mieszkali przyjaciele dziadków, zjadła ciastko, wypiła kawę i otworzyła swój pękaty plecak (ja też mam zawsze pękaty plecak, także mi lepiej, że to szaleństwo genetyczne, nie nabyte). Z pękatego plecaka dobyła wywiad-rzekę ze Świetlickim (takie tam potężne tomisko w sam raz na podróż) i nową Masłowską (mniej więcej połowa wagi Świetlickiego). Nowa Masłowska została mi przekazana oficjalnie, bo już przeczytana, a następnie udałyśmy się z mamą na spektakl pojechanego teatru improwizowanego, a potem do metra, gdzie niby to przypadkiem stała starsza pani z piwoniami, a wokół niej była pustka i tylko pracownik metra zataczający kółka maszyną do mycia posadzki i wtedy okazało się, że matka nieprzypadkowo o piwoniach wspominała, bo już tę panią widziała wcześniej, więc zażądała piwonii dziesięć na dzień matki. Było wiele radości.

Matka pojechała, ja zostałam z Masłowską. Przeczytałam ją przez weekend. Nie wiem czy czytaliście już “Innych ludzi” i czy w ogóle zamierzacie ich czytać, więc wspomnę tylko, że panuje w tej książce atmosfera wzajemnej nieżyczliwości inspirowana podróżami warszawską komunikacją miejską, występują  tam również krzywe rymy i porównania niewzniosłe. Po lekturze zostałam z jakimś błąkającym się wewnętrznym smutkiem.

Jadąc metrem do pracy patrzyłam ludziom na buty i myślałam, czy faktycznie między ludźmi tu taka straszna atmosfera panuje, że społeczeństwo niemiłe etc. i jakoś wydawało mi się, że nie i że jednak książka, książką, życie, życiem, ale już jak wracałam do domu książka mi się okazała życiem, bo weszła baba, która spokojnie mogłaby się wyłonić z “Innych ludzi”.

Baba rozdarta, roszczeniowa, papieros w jej ustach był jak wąs Bronisława Komorowskiego – niby go już tam nie było, ale ciągle go było widać. Baba ta siadła obok mnie i grzebiąc w plastikowej torbie poczęła się wydzierać na cały wagon. Tak rozpoczęła swój siedzący stan up:
– Znowu te pedały z get backu do mnie dzwonią! A ty masz bana na papierosy! Trzeba wyrwać z pizdy z włosy i przeszczepić na grzywkę. – powiedziała teatralnie, że niby do koleżanki mówi, bo obok stała koleżanka, ale tak naprawdę chciała, żeby ktokolwiek się zaśmiał. Ale cisza, więc powtórzyła do pani naprzeciwko, na wszelki wypadek ten świetny żart – Bana na papierosy, trzeba wyrwać z pizdy włosy i przeszczepić na grzywkę, pierdolę robotę, kurwa, nie będę tyrać na cwaniaków, żeby państwo do mnie dopłacało, żeby jakiś ciul brał za mnie kasę z pfronu, pierdolę robotę, mymlony pisowskie… – na to wtrąciła się koleżanka, która mówiła do baby spokojnie i naturalnie, jakby wcale nie odbywało się tutaj przedstawienie i skierowała babę na tory spokojnych domowych tematów, czyli na przykład, do jakiej szkoły idzie syn.
– Mały idzie do takiej szkoły, że będzie się tam uczył kilku zawodów, a potem sobie wybierze.
– Do zawodówki?
– Nie, po zawodówce to tylko jeden ma zawód, a tu będzie miał kilka, może i zawodówka, ale będzie miał kilka alternatyw.
– A myśli o czymś konkretnie?
– Do dziennikarstwa się nadaje.

Niech to będzie pointą, choć może nie wyda się Wam to pointą za mocną.

Meduza

Krąży mi dziś po głowie wspomnienie jak kiedyś była u nas, ośmioletnia siostrzenica Konopka, Magda. Poszłyśmy z Magdą na spacer z psem i Bicho obwąchiwał kawałek betonowego murku.

– O, co tam Bisio tak bada? Chyba patrzy, że jakiś piesek wysikał na murku meduzę. – zagaiłam do Magdy, widząc, że Biś analizuje obłą plamę z długimi zaciekami.
-Mhm – przytaknęła mi Magda.
Bicho podjął wreszcie decyzję, podniósł łapę i obszczał murek przez co plama wzbogaciła się o nowe kształty i zacieki, które mi przestały już przypominać cokolwiek. Wtedy Magda się ożywiła.
– Zobacz! Bisio zrobił meduzę z kucykiem*!

*Oczywiście w sensie fryzury, nie konia.

Doggy daddy

Bielany, niedziela rano. Starszy pan, który wyszedł na spacer ze swoim niemłodym beagle’em, zagaduje do swojego sąsiada czule gładzącego szmatką samochód na parkingu:

– Ile ona już ma?
– Piętnastego maja skończy 18 lat! – odpowiada dumnie prostując się sąsiad.

Bardzo lubię obserwować jak niemłodzi mężczyźni otaczają ojcowską troską swoje córki, które – zdarza się często – są psami, ale jak się dziś okazało, mogą być również samochodem marki rodzaju żeńskiego*. Kojarzycie takie ucórkawiające zjawisko?

Bardzo to zjawisko lubię, a najłatwiej je zaobserwować samemu posiadając psa rodzaju męskiego. Dlaczego? Otóż pies rodzaju męskiego traktowany jest przez właściciela ucórkowionej suni jak natrętne chamidło, które myśli tylko o jednym, co w przypadku psów akurat jest prawdą. Taki właściciel od razu alergicznie reaguje na wszystkie zbliżające się psie samce – bierze suczkę na ręce, zmienia trasę spaceru jednocześnie wysyłając właścicielowi psiego samca mordercze spojrzenia, ewentualnie wykrzykuje czerwony na twarzy jakieś dziewczęce imię – Kaja! Sonia! Vera! – na przemian z – Fe!- kiedy to, nieuwiązana smyczą ulubienica serca psim zwyczajem, nosem lub językiem zapoznaje, któryś z tylnych elementów psiego kolegi.

Piorun – pies, który okrył nas w tym roku żałobą – całe życie adorował suczkę Meę, ale adorował w ograniczony sposób, gdyż jak w konwencjonalnym scenariuszu, na drodze ich szczęściu stał ojciec Mei, zachowujący się w sposób opisany powyżej. Mea była, a chyba jeszcze jest, rasową białą maltanką, z kokardką na głowie i wypielęgnowanym, nieskazitelnym futerkiem. Cóż, Piorun – corgi, który dla przeciętnego mieszkańca naszego miasteczka pozostawał kundlem, któremu ogon obcięła tajemnicza Siczkowa**, dla właściciela Mei był bardzo niemile widzianym towarzyszem zabaw, a co dopiero zalotnikiem! Skutkiem tego Piorun całe życie chodził pod klatkę Mei zostawiać tam swoje balaski w charakterze zapewnień o swojej gorącej pamięci.

Na osiedlu rodziców jest też pan, który reprezentuje inny typ ojca – ojca kochającego lecz surowego, ojca – wojskowego, który liczył na syna, ale doczekał się córki. Pan chodzi prosto, ma siwego wąsa i jest bardzo zasadniczy. Pozwala swojej suczce Juki – średniej wielkości długowłosej kundelce, lekko w typie owczarka niemieckiego, usposobionej łagodnie i bardzo życzliwie do świata – zadawać się z innymi psami, ale przywołuje towarzystwo do porządku, kiedy coś idzie nie po jego myśli. Wtedy suczka przybiega do niego w sposób karny i przepraszający. O swojej suczce mówi jako o nim, wyłącznie używając rodzaju męskiego, np. „dostał zastrzyk, żeby nie miał cieczki”.

Za to najbardziej zabawnym przykładem tatusiowania, jaki obserwowałam, był właściciel małej terierki Jagusi – bodajże terierki walijskiej – który, odziany w czarną puchówkę opinającą jego okrągłą sylwetkę, z szarą czapką zimową nasuniętą na czubek siwej głowy, w ten charakterystyczny polski sposób – ze spiczastym czubem, wyprowadzał swoją Jagusię na spacer trzymając ją pod pachą. Czasami stawiał ją ostrożnie na ziemi z dala od innych psów. Pan ten był zawsze wesoły i lubił zagadywać innych psiarzy zawsze z bezpiecznej odległości. Często przystawał przy parkowym wybiegu dla psów, pozwalając Jagusi chwile postać pod płotem i popatrzeć jak inne psy biegają. Na zaproszenia, żeby wszedł z Jagusią na wybieg, pan odpowiadał uśmiechnięty od ucha do ucha, że nie ma mowy, bo “Jagusia jest dzikusia”, kogoś by jeszcze pogryzła i że to “pies na dziki”.

 

*Oczywiście nie dotyczy to żeńskiej marki Mercedes, którą jako markę żeńską rozpoznałam czytając w podstawówce “Hrabiego Monte Christo”, gdzie pojawia się kobieta o tym, kobiecym przecież, imieniu. To jest strasznie chichotliwe uczucie wiedzieć, że ten Mercedes, samochód mnie osobiście, ale myślę, że to jednak w polskim kontekście innym też, kojarzy się z męskością, siłą, władzą, białą koszulką polo, różową glacą, jest imieniem żeńskim.

**Tak obstawiał jeden pan na osiedlu współczując mojej mamie, że ona i jej pies padli ofiarą tej oszustki, która, jak ludzie mówią, wzorem dobrego wojaka Szwejka przysposabia kundle do bycia rasowcami.

Spleśniałe, lukrowane buły pod amboną

Miałam te zdjęcia zamieścić po mojej przedostatniej wizycie w rodzinnej Puszczy Kozienickiej, a raczej wizycie na polach uprawnych na których sadzi się drewno. (W drewnie tym lubili onegdaj polować polscy królowie, a teraz polują w nim podradomskie Janusze, którzy czują się jak królowie polscy. )

Miałam te zdjęcia zamieścić miesiąc temu, ale zamieszczę je jednak teraz, bo wcześniej zapomniałam, a teraz jest okazja. Jaka okazja? Taka, że już w tę sobotę w Warszawie przejdzie marsz św. Huberta. Św. Huberta, który polować przestał, w związku z tym, jest patronem tych, którzy takimi lewymi frajerami być nie chcą, a więc patronem myśliwych. Ale także, co właśnie wyczytałam, św Hubert jest patronem lunatyków i osób chorych na epilepsję, co może i tłumaczy ilość śmiertelnych wypadków w czasie polowań. Tak czy siak marsz poprowadzi profesor Jan Szyszko.

Co ma do tego zdjęcie? O tym za chwilę, a najpierw zareklamuje marsz ten wspaniały: myślę, że warto go zobaczyć na własne oczy, bo oprócz naszego Łysenki z papieskim Noblem, będą i leśnicy, i hodowcy futer, i wiele innych osób, których wiele łączy z malarstwem niderlandzkim – zarówno oni, jak i mistrzowie z dzisiejszej Belgii i Holandii, kochają wręcz martwą naturę! Dlatego może nie zachęcam do udziału w marszu, ale tak zawiadamiam Was drodzy przyjaciele, że film Barei w formie teatru na żywo w sobotę w Warszawie będzie. Za darmo.

dav

Ale, co mają do tego zdjęcia? No właśnie! Myślę, że skoro marszowi patronuje inny papieski noblista z Torunia, to zdjęcie spleśniałych, lukrowanych, biało-czerwonych buł pod amboną, będzie znakomitą metaforą tego wspaniałego wydarzenia. Zwłaszcza, że zdjęcie dzieje się w warunkach promowanej na marszu gospodarki leśnej i można jeszcze na nim popodziwiać zajebisty las – na pewno zaraz przyszła Wam ochota aby pospacerować między takimi drzewami w upalne lato, ale przypomnieliście sobie, że przecież nie macie skórzanego hidżabu. No ale zawsze moglibyście pójść do jeszcze młodszego areału mojej rodzinnej prastarej puszczy (zdjęcie nr 2) , gdzie bez hidżabu i bez wystawiania ciała na pożarcie igłom moglibyście przespacerować się szeroką grządką, tą pierwszą z prawej, lub drugą z lewej. Która Wam się najbardziej podoba?

dav

Otec jí večeři

Dan Kolaz
fot. Joanna Rodak

Czasem, jak się długo nie widzi znajomych i po kilku latach wpada się do nich z wizytą, okazuje się, że mają dwójkę dzieci, a ich posiłki wyglądają tak jak na powyższym zdjęciu.