Reminiscencje

Przypomniał mi się obrazek z zeszłego roku.

Siedziałam na kanapie w rodzinnym domu Konopka w Suwałkach. Jej mama była obok mnie i opowiadała mi zawiłości jakiegoś tureckiego serialu, który poleciła jej koleżanka, a ja już po drugim zdaniu się zgubiłam, bo raz, że fabuła była zawiła, a dwa, że we włączonym telewizorze leciała reżimówka i właśnie pokazywali zamek o zachodzie słońca,a potem jakiegoś omszałego zakonnika i serce mi zaczęło się radować, że może to słynna Korona Królów, ale nagle (ja cały czas próbowałam nadążyć za tym co mówi mama Konopka)zakonnik ten zaczął z jakimiś kucharzami o włosach na żel i jakąś kobitą figlować z produktami spożywczymi, że jak wspaniale się gotuje, a na koniec łobuzersko dmuchnął w dłoń z mąką w stronę kamery, to już wiedziałam, że to nie Korona Królów, a potem pojawiła się plansza, że tematem są kobiety w Kościele i zakonnik zaczął mówić o tym,że kobiety w kościele (cały czas próbowałam też śledzić, co mówi do mnie mama Konopka)mają się świetnie, bo Maryja, bo Maryja, bo Maryja, a potem znowu plansza, a po planszy ta kobita od figlów w kuchni z miną cwaną jak Amerykanka, w scence z Panem Śmiercią, no i ta kobita z mieszaniną pobłażliwego rozbawienia zadaje pytanie co zakonnik sądzi o feministkach, a już widać po niej, co ona sama o nich sądzi, a zakonnik z mądrą miną mówi, i mówi, i mówi, a mówił lepiej na pewno niż dziennikarka by mówiła, gdyby jej pozwolono, a ja cały czas starałam się nadążyć za tym, co mówi mama Konopka, a w mojej czaszce następowały mikrowybuchy, a potem chyba coś gotowali. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Advertisements

Dwie pocztówki ze sklepów

[2016]

Pierwsza – Simply Market, miejsce nietanie, niebliskie, niemałe, z niekrótkim czasem oczekiwania do kasy. Stałam więc umęczona w kolejce robiąc rachunek sumienia, co mnie podkusiło, żeby tu przyjechać, a potem zmieniłam tor myśli na rozkminę, czy para ładująca duże zakupy do torebek, to matka z synem, czy też ludzie w moim wieku, będący parą. Wątpliwości spowodowała jakaś bijąca od kobiety dojrzałość i przeciwnie jakaś bijąca od nastolatkomężczyzny licealna niedojrzałość. Tak sobie analizowałam jedno i drugie, kiedy przeczytałam dyskretny (czarne litery na granatowym) napis na koszulce kobiety: “KEEP CALM and drink C<3ffee". Na koszulce jej chłopaka lub syna napis (białe litery na czarnym) brzmiał: "EAT SHIT AND DIE". I spojrzałam ostatni raz na chłopcomężczyznę jak się zamyśla nad siatami, czekając, aż dziewczyna, czy też matka zapłaci. I poszli.

Druga – Podchodzę wieczorem do kasy w Serpolu. Obsługiwała moja ulubiona charakterna sprzedawczyni. Jednak tym razem nastrój melancholijno-wisielczy bił od niej na kilometr.
– Kiedy te pallmalle zdrożały?- nie mogła uwierzyć nikotynistka przede mną zdziwionym wzrokiem wodząc po właśnie kupionej paczce.
– A zdrożały? – tonem cżłowieka o większych problemach powiedziała sprzedawczyni.
– No złotówkę taniej kosztowały.
– Wszystko drożeje, tylko my taniejemy – grobowym tonem powiedziała moja ulubiona pani ze wzrokiem wbitym w dal i prawie nie patrząc co robi, naliczyła na kasę moje dwa piwa.

Jabłko

[2014]

Poprosiłam dziś w Arkadii jedną z pań pracujących w sklepie w bielizną, żeby mi pomogła. Pomoc dotyczyła znalezienia stanika. Pani zmarszczyła mądrze brwi, pokiwała głową i zaczęła prezentować mi jakieś majty. Musiałam się wysilić dykcyjnie i jak najstaranniej wyjaśnić pomyłkę, ze szczególną precyzją wymawiając słowo “stanik”.

To mi przypomniało coś o czym udaje mi się zapomnieć, a raczej to po prostu wypieram: mówię niewyraźnie – wie to każdy, kto mnie zna. Część ludzi, kiedy do nich mówię i czegoś oczywiście nie zrozumieją, prosi mnie o powtórzenie, a potem rozwodzą się nad swoimi problemami ze słuchem. No to mówię, że to nie ich słuch, ja niewyraźnie mówię. Większość dalej idzie w zaparte, że ależ naprawdę, to wina ich słuchu, choć za drugim razem to kłamstwo jest już wyrażone mniej pewnie z dyskretnym zakłopotanym zerkaniem na boki. Kiedyś znajoma osoba opowiadała mi o lekarzu, który strasznie bełkotał. Raz ktoś go poprosił o zapisanie jakiegoś adresu, nazwy leku, czy coś takiego. Zapisał. Ten ktoś patrzy na kartkę, a to jakieś bazgroły były, więc się spojrzał na tego lekarza zdezorientowany, a ten lekarz wybełkotał wtedy coś, co brzmiało jak “piszę, jak mówię”. Kto zna moje pismo, ten wie, że mam tę samą przypadłość co ten lekarz.

Wczoraj za to robiłam zakupy na bazarze u przygłuchego dziadka. Poprosiłam go o jedną cukinię
– Jedną? – zapytał nieco zdziwiony.
– Jedną. – potwierdziłam.
Kiedy on po nią poszedł, oddałam się rozmyślaniom, jakie jeszcze warzywo jest mi potrzebne, aż w końcu uśmiechnięty dziadek przyniósł mi w foliówce jedną brzoskwinię.
– Ale ja prosiłam o jedną cukinie!
– Proszę?
– O jedną cukinię prosiłam! – i wskazałam w kierunku skrzynki z cukiniami.
– Moreli? – już się dziadek wyrwał z foliówką do skrzynki moreli, co się obok cukinii znajdowała, a ja za nim. W końcu bardziej na migi zrozumiał, że chodzi o cukinie, a pozostałe warzywa już sama mu podawałam.

Jednak mistrzostwo świata w niewyraźnym mówieniu osiągnęłam pewnego razu w osiedlowym warzywniaku.
– Poproszę jabłko – poprosiłam.
– A co to jest? – odpowiedziała zdumiona sprzedawczyni.

Upsik

Ostatnie dwa dni nie były szczególnie fortunne. Bicho miał dwa ataki padaczkowe, następnego dnia skręciłam nogę, przez co odkrywam, jak bardo stopy są przydatne w życiu codziennym, a jak Konopek poszła dla mnie do apteki po leki, to trafiła tam na jakiegoś agresywnego typa zastraszającego farmaceutki, z którym weszła w konfrontację zakończoną tym, że typ uderzył ją w twarz i sobie poszedł. Policja oczywiście nie spieszyła się z przyjazdem, a jak przyjechała, to się okazało, że prawnie to można typa tylko z powództwa cywilnego ścigać, co powoduje, że trzeba by było mieć w sobie zajadłość pieniacza, dużo odwagi i oszczędności, żeby za kilka lat przeżyć niepewną chwilę satyfakcji. Konopek wróciła zła i przybita do domu, gdzie ja leżałam ze swoją spuchniętą stopą w górze.

Rozmawiałyśmy o tym jaki zły dzień i co robić z tym typem z apteki, kiedy do Konopka napisała wiadomość jej 13-letnia siostrzenica, która, chce do nas przyjechać na wakacje. Zapytywała już o atrakcje, jakie mogą ją tu czekać, czy będzie wśród nich park trampolin. Na co ponury Konopek odpisał jej, że póki co to ja mam skręconą nogę, a ona właśnie dostała w cios w twarz. Na to siostrzenica okazała się wzorem z Sevres nastoletniej empatii odpisując nam jednym słowem:

“Upsik”.

Zeszyty do hiszpańskiego odc.2

Z okazji tego, że jest długi weekend, a ja wstaje do pracy, bo nie urlopuję, to wszystkim dzisiejszym urlopowiczom dedykuje ćwiczenie (przetłumacz na język hiszpański)do nauki hiszpańskiego z moich ukochanych starych patriarchalno-pronikotynistycznych zeszytów do hiszpańskiego nauki:

Ona wstaje,
myje się
i czesze się.

Jest ósma,
ona się czesze.
Jest dziewiąta,
ona się czesze.

On krzyczy: “gdzie jest śniadanie?”
Ona mówi: “na stole”.

On wstaje,
je śniadanie
i słucha radia.

Jest dziesiąta.

Dlaczego oni nie pracują?

Zupa

Już kiedyś pisałam, że bardzo lubię wrony. Inteligencja krukowatych bardzo mi imponuje i lubię je obserwować. Ponieważ na spacerach z psem widuje akurat najpospolitsze w miastach – wrony toteż i na wrony przeważnie się gapię. A one na mnie.

Dziś jednak dowiedziałam się o wronich zwyczajach czegoś nowego. Wracałam akurat zasmarkana ze spaceru z Bichem (przeziębienie upalno-alergiczne), kiedy pod klatką spotkałam sąsiadkę – panią Basię. Pani Basia jest emerytką, dokarmiaczką i zaklinaczką kotów osiedlowych oraz przyjaciółką zwierząt w ogóle. Własnie napełniała pojemnik z wodą pod drzewem, kiedy przechodziłam. Przywitała się ze mną i oświadczyła:
– Idę te inne pojemniki napełnić tam, wie pani, dla kotów, dla ptaków, bo to taki upał, że to ciągle paruje. Ja nie wiem, wie pani, te krukowate to są dziwne, chleb wrzucają i wędlinę….
– Ale, że do tych misek z wodą wrzucają? – zapytałam.
– Tak, ony se zupę robią, a potem jej nawet nie jedzą – machnęła ręką sfrustrowana pani Basia i poszła doglądać faunę naszego osiedla.

Liga Muzealna

(wspomnienie z czerwca 2017)

O istnieniu lig piłkarskich, wiem z różnych źródeł. Zdarzało mi się w liceum grać w Fifę i menadżery piłkarskie, a także czytać z zapałem kulturoznawczym ostatnie strony magazynu “piłka nożna” (zdjęcia pryszczatych nastolatków z szalikami klubów z infantylnymi komentarzami od redakcji) kupowanym przez mojego brata. Nie oszukujmy się jednak mój pierwszy kontakt z rozgrywkami ligowymi polegał na odczytywaniu napisów ze ścian pionkowskich budynków – Proch Pany, Kozienice Żydzi. I tak lata mijają, a od piłki nożnej nie da się uciec jak od śpiewu czerwonomordowego kibica legii, który ostatnio na dzień po zdobyciu przez legię mistrzostwa przemieszczał się popołudniem z jednej strony mojego bloku na drugą rycząc niemiłosiernie różne słowa, ale głównie “legia”. Nie dało się przed jego rykiem uciec, a jak spotkałam go na drodze podczas wyprawy do sklepu to wzrok jego wyrażał chęć mordu z tej radości i przeszłam na drugą stronę ulicy. Tak też jest i z piłką nożną – nie da się od niej uciec, a jak się widzi kibiców to lepiej przejść na drugą stronę.

A przecież można inaczej, przecież można milej i bez tych całych podejrzanych biznesów i w życzliwej atmosferze. Trzeba tylko wiedzieć, że istnieje w Polsce liga pracowników muzeów. O niej wiem z gablotki na Zamku Królewskim, nie bardzo eksponowanej, ale jednak dostępnej dla zwiedzających. Puchary, zdjęcia, składy.

Dzisiaj właśnie odbywały się rozgrywki ligi muzealnej na wielkim trawniku na tyłach Zamku. Słyszałam, że miał grać Zamek, Wilanów i Łazienki, ale okazało się, że grały również muzea krakowskie. Spokój cisza, dyskretny komentarz płynący z głośników. Niewielka widownia na rozkładanych krzesłach. Pracownicy kultury rozgrzewający się poza boiskiem. A kiedy przechodziłam obok usłyszałam wynik właśnie zakończonego meczu:
– Dwa do jednego wygrało Muzeum Auschwitz-Birkenau.