Termometr

Właśnie mijająca zima posiada jedną charakterystyczną cechę: przez całe jej trwanie słyszę o kolejnych ofiarach zarazy. A to chorowała jakaś odnoga rodziny wraz z przyległościami, a to znajomi, jedni, drudzy, trzeci, ich znajomi, ludzie z pracy, rodzina ludzi z pracy, znajomi rodziny ludzi z pracy etc. Ogniska grypy pojawiały się to dalej ode mnie,  to bliżej mnie. Czułam jakąś nieuchronność w tym procesie, że i na mnie przyjdzie czas.

No i przyszedł. Słabość ogarnęła moje ciało w sposób typowy dla gorączki. Tyle i aż tyle. Cały dzień śpię i myślę o tej mojej chorobie. Jestem ciekawa, ileż to wynosi moja temperatura ciała? Nic prostszego niż wziąć termometr. Ponad pół życia używałam dwóch termometrów rtęciowych – jednego u dziadków i jednego w domu u rodziców. Niezawodne.

Ale. W Warszawie mam już drugi termometr rtęciowy. Pierwszy, za każdym razem jak czułam, że mam gorączkę, wskazywał mi temperatury od 35,5 do 37,1. Jakieś jaja. Raz mnie to tak wzburzyło, że postanowiłam sprawdzić, czy to dziadostwo w ogóle działa. Włożyłam końcówkę do gotującego się akurat makaronu (wszystkie książki dla dzieci zawierają opisy fałszowania wyników za pomocą szklanki z herbatą, skąd miałam wiedzieć, że najwyraźniej nie wrzącą?). Do dzisiaj mam nadzieję, że zebrałam tę rtęć w sposób prawidłowy, choć nie pamiętam już jak. Pamiętam tylko, że tego dnia, nie dość, że byłam chora, to zostałam bez obiadu, wszystko przez ten głupi termometr, który we wrzątku to sobie mógł wybuchać, ale wiarygodnej informacji podać mi nigdy nie potrafił, jakoś wybiórczo te prawa fizyki stosował.

Dlatego w domu mam drugi już termometr rtęciowy zakupiony w Warszawie. Liczyłam, że tylko pierwszy był bublem, ale nie. Ten z kolei kilkakrotnie usatysfakcjonował mnie wynikami, które podawał, tyle że raz, zmierzyłam nim temperaturę Bichowi, bo podejrzewałam u niego babecziozę, którą zresztą miał. No wiadomo jak mierzyłam. Czułam się głupio, a Bicho bardzo się zdziwił. Fakt, że psy mają wyższą temperaturę ciała niż ludzie, a psy z gorączką mają ją wyższą jeszcze bardziej, spowodował, że Bicho pobił na tym termometrze rekord. Ponad 40 stopni.

Okazało się, że takiej temperatury nikt nie potrafi na tym termometrze ztrząsnąć,  więc rekord ustanowiony przez Bisia od dwóch lat wskazywany jest przez słupek rtęci, a ja nadal nie wiem, czy mam czym sprawdzić, czy mam tę cholerną gorączkę, czy nie.  Ale w sumie, może i dobrze, w końcu wiem, gdzie ten termometr bywał.

Advertisements

Tłusta fota z tłustego czwartku

W tłusty czwartek zakupiłam faworki. Kiedy je sobie podjadałam do herbaty, zjawił się przy mnie Biszkopcik zgłaszając swoją chęć partycypacji w tej konsumpcji. Ładnie się patrzył, a ja wymyśliłam strasznie śmieszny pomysł na mema, że dam rysunek albo jego zdjęcie i napisze w chmurce “una faworka por favor” i ho ho ho, zrobię karierę w internecie, mój profil nakryje się lajkami etc.

Nie chciało mi się rysować, to pomyślałam raczej o zdjęciu. Wzięłam faworka, umieściłam w kadrze przed Biszkopcikiem faworka przyzywającym wzrokiem Kaszpirowskiego i cyknęłam fotę. Taką:

fawor

Niektóre psy chyba nie chcą być gwiazdami instagrama… Zdjęcia nie powtórzyłam, bo Konopko powiedziała, żeby Bisia nie męczyć. No i jak widzicie po całości kompozycji, ja też raczej jestem w lidze lansu na poziomie Naszej Klasy.

Wilk

 

Opowiem Wam historię, którą od tygodnia śledzę na fejsbuku, na stronie Stowarzyszenia dla Natury Wilk. Historię tę przedsatwię chronologicznie, choć zaprezentowała się mi ona w nieco odwróconej kolejności zdarzeń.

PROLOG

Wszystko zaczyna się w naszym pięknym kraju znanym w świecie z eksportowania wieprzowiny. W kraju tym, wśród świń hodowanych w ukrytych przed światem barakach, oraz wśród hasających po lasach i blokowiskach dzików, wybucha zaraza. Dziki zostają oskarżone o zarażanie świń. Bardzo mnie zastanawia, jak dziki znajdują te ukryte przed światem świnie, żeby móc przenieść na nie swoją chorobę.

Najbardziej prawdopodobnym nośnikiem zarazków musi być ktoś kto spotyka się i ze świniami, i z dzikami. Dlatego dla mnie najbardziej podejrzani wydają się rolnicy, a także myśliwi. Logiczne byłoby zatem wzięcie pod lupę i jednych, i drugich, żeby określić jakimi kanałami zaraza się rozprzestrzenia.

Wymaga to kontroli i sanitarnego rygoru. Podobno coś takiego się dzieje. Ale okazuje się, że nie zawadza też zastosowanie metody typowej dla wspólnot pierwotnych – metody znalezienia kozła ofiarnego. Toteż każdy, komu idea zarabiania na hodowli świń na mięso jest bliska sercu, twierdzi, że to dziki są winne i dziki trzeba zabić. Wszystkie.

Myśliwym dwa razy nie trzeba powtarzać, że coś trzeba powystrzelać, a mimo to zaczęli się oni martwić, że jak teraz wszystkie dziki zabiją, to potem już nie zabiją, bo już zabili. To rolnicy zaczęli postulować, że trzeba by wprowadzić kary dla myśliwych, za odmawianie odstrzału, bo dupa jest od srania, a myśliwy od zabijania. W końcu chyba jednak stanęło na tym, że nie kary będą, a nagrody, a za ciężarne lochy zwłaszcza. Już widzę jak Hermann Göring, myśliwy, z niemieckim Darz Bór na ustach,  zbiera swoje dawno spłynięte rzeką prochy i wyrusza do Polski by stać się królem polowania!

HISTORIA WŁAŚCIWA

Tak czy siak, coś znowu się nie udaje w walce z zarazą, bo już nie tylko zabić dziki trzeba, ale też siatki postawić w przejściach dla zwierząt pod autostradą A1, żeby żaden ocalały z eksterminacji dzik kamikadze się nie przedostał, a przy okazji nie przeszło żadne inne zwierzę.

No to nie przechodzi. Tyle, że zwierzęta przyzwyczajone do tych przejść błądzą po okolicy szukając innej drogi. Czasem tą drogą może się okazać droga krajowa nr 91 i może to być droga ostatnia zarówno dla zwierzęcia, jak i dla kierowcy, który w nie wjedzie, ale przecież zagrożony jest przemysł wieprzowy! Jego obrona wymaga poświęceń!

W ten sposób ktoś w zeszłą sobotę potrącił zbłąkanego wilka. I tu nastąpił niesamowity ciąg zdarzeń. Potrąconego wilka zauważyli poczciwi miłośnicy przyrody przejeżdżający tam przypadkiem. Znaleźli oni namiar na mieszkającego w regionie przyrodnika filmującego m. in. wilki. Przyrodnik wkrótce zjawił się na miejscu, a także zawiadomił Stowarzyszenie dla Natury Wilk ( polecam http://www.polskiwilk.org.pl/ ) , którego ekipa wyruszyła spontanicznie, w nocy, z drugiego końca Polski na ratunek, wioząc ze sobą skrzynię do przewożenia zwierząt.

Rannego wilka pilnował więc przyrodnik i dwie osoby, które wilka znalazły. Ponieważ jednak policja musi być o takich wypadkach jak kolizja z dzikim zwierzęciem zawiadamiana,  toteż zawiadomiona została i przyjechała na miejsce w postaci policjanta, który zadzwonił po myśliwego, kolegę zresztą, żeby ocenił stan wilka, no bo wiadomo, myśliwy może człowieka od dzika czasem nie odróżnia, ale na zdrowiu się zna. Toteż myśliwy przyjechał, zapragnął wylegitymować wszystkich zebranych (?) i po fachowym badaniu polegającym na zapodaniu kopa rannemu zwierzęciu ocenił, że należy je zabić, bo po co ma się męczyć.

To chyba mój ulubiony fragment tej historii. Tradycja łowiecka i wiedza pokoleń ich mać. Niedowidzący patałach walczący ze swoim brakiem męskości za pomocą odrobiny sadyzmu na co dzień, który nagle staje się wysłannikiem polskiego państwa oceniającym za pomocą kopniaków stan zdrowia gatunku chronionego.

Na szczęście dobrzy ludzie wilka uratowali, choć potwierdziła się stara mądrość, że czasem mniej niebezpiecznie jest wpaść pod rozpędzony samochód, niż spotkać się z hobbystą z PZŁ, kochającym zwierzęta i miłosiernie rozkładającym zjełczałe pączki po paśnikach pod ambonami, jak to czynili nasi arystokratyczni pradziadowie. Dobrzy ludzie postraszyli policjanta i myśliwego, tym, że jednak zabicie gatunku chronionego, nawet w Polsce, może być uznane za przestępstwo, dlatego niechętnie, ale ostatecznie, policjant i myśliwy odstąpili od prób zastosowania właściwego sobie miłosierdzia.

EPILOG

Ekipa Stowarzyszenia dla Natury Wilk zabrała wilka do Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt Nadleśnictwa Olsztynek w Napromku, gdzie stwierdzono, że wilk nie ma poważnych obrażeń , ale musi w spokoju wydobrzeć. Wilk ma na imię Mikołaj, w skrócie Miko i wygląda tak:

wilk

Źródło: Stowarzyszenie dla Natury Wilk, 

https://www.facebook.com/SDNWILK/photos/a.2012153595492238.1073741867.162487890458827/2012207712153493/?type=3&theater

Jest piękny, żyje i jeszcze wróci do swojego wilczego życia. Na stronie stowarzyszenia możecie śledzić jego dalszą historię.

Trzy szkice z Dolnego Śląska

Wczesny, zimowy wieczór. Sobota.

Wracamy zmęczone z pieszej turystyki po Sudetach. Nasz pociąg zatrzymuje się na pierwszej z licznych Wałbrzyskich stacji. Za oknami ciemno. Wraz z przeciągiem, do przegrzanego wagonu wesoło wkracza imprezowa, czteroosobowa, męska delegacja pokolenia lat pięćdziesiątych. Z akompaniamentem Demisa Roussosa “My friend the wind” puszczanym z komórki zajmują miejsca na poczwórnych siedzeniach w naszej okolicy. Przedziwnej elektronicznej przygrywce w stylu paraarabskim towarzyszą wesołe żarty będące czystym dadaizmem, trudno zrozumieć jaki jest temat rozmowy, pełno przypadkowych haseł, jeden mówi: “idź na całość”, drugi nagle “Allah akbar”, trzeci zaczyna śpiewać z Demisem Roussosem refren “ta tatata tatatatata, ta tatata tatatatata”etc.. W końcu rozmowa zaczyna nabierać kształtów, kiedy panowie ustalają, że idą pić do Alka.
Wtem głosem i emfazą typu Euro RTV i AGD rozlegają się słowa “Twoja kobieta… Cię namierza…”, co okazuje się dzwonkiem telefonicznym Alka, który odbiera telefon mówiąc:
– Część Halina! Są chłopaki. Może wpadniemy do Ciebie na pogotowie?

Idziemy do Żabki we Wrocławiu w okolicach dworca. Przez ulice szczekając przebiega mała, rasowa, ostrzyżona suczka rasy kanapowej, w czerwonych szeleczkach ze światełkiem. Bez smyczy. Za nią, przez przejście dla pieszych, na czerwonym biegnie koleś o wyglądzie Iggy’iego Popa. Wyluzowany, lekko zaniedbany i zupełnie niepasujący do suczki, która ma perfekcyjnie zadbaną stylizacją. Widać, że pies należy do kobiety, z którą Iggy jest w bliskich relacjach. Suczka zapoznaje się z Bichem. Pytamy Iggy’ego jak ma suczka na imię, Iggy mówi, że Bibona, jak takie miasto (ok, jest takie miasto w Toskanii, Bibbona, ale zamieszkuje je, jako gminę, 3000 osób, więc chyba imię dla psa było poszukiwane metodą Andrzeja Sapkowskiego, czyli spisane prosto z atlasu).
Okazuje się, że z Iggym i jego Bibboną idzie też wąsaty kolega, który wchodzi do Żabki po piwo. Iggy ciężko wzdycha, że “ja pierdolę, teraz wszystkie będziecie kupowały ?”, bo jest nas pięć i Iggy myśli, że zablokujemy kasę. Przed Żabką zostaję ja z Bichem, Bibbona i Iggy. Dzwoni telefon Iggy’iego.
– Arizona? Cześć. Nie ja dziś nie. Jestem w nastroju nietowarzyskim.
Z Żabki wychodzi wąsaty kolega z czteropakiem, staje przy nietowarzyskim Iggy’im, przechodzący facet w milczeniu podaje im rękę i idzie dalej, widać, że ziomki z okolicy.  A potem odchodzą: wąsaty, Bibbona, czteropak i Iggy ściemniający coś dalej Arizonie przez telefon.

W osiedlowej budzie 101 piw, staje za mną facet o mocno papierosowym aromacie. Zdecydowanym ruchem stawia na ladzie puszkę cocacoli.
– Coś jeszcze? – pyta się sprzedawczyni.
– Małą Żubrówkę. Jak zwykle.
– Jak zwykle to wiśniówkę.
– Nie… Gdzieś mi ten smak uciekł – odpowiada z żalem mężczyzna.

[2015] Bicho vs WOŚP

Wspomnienie ze stycznia 2015:

Miałam dziś szansę zostać gwiazdą prawicowych portali – poszczułam wolontariuszy WOŚP psem. A było to tak:

Idziemy z psem Bichem sobie. Wiatr wieje. Pustawe osiedle. Nagle z równoległego chodnika biegnie do nas przez trawnik grubawy trzynastolatek ze skarbonką, a za nim jego kolega. Chłopcy zatrzymują się przy nas i mówią coś, nie wiem co, bo widzę już minę Bicha. Minę złą, najgorszą, wściekłą. No bo co kurcze blade: podbiegli, nie podeszli, po prostej, nie po łuku, patrzyli się w twarz, nie odwracali wzroku, ogonem nie zamachali, a w dodatku mieli ciemne puchowe kurtki, które jak wiadomo modne są wśród brutalnych dozorców z Palucha, i jak tu, no jak, Proszę Państwa, można mówić o dobrych zamiarach?

Chłopcy coś mówią, Bicho się jeży, ja analizuję sytuację, a sytuacja rozwija się tak, że Bicho rzuca się ostrzegawczo na młodego wolontariusza w celu przekazania mu wiadomości, żeby, no cóż… uciekał stąd (lecz mówione przez sp), ale już. Ściągam szybko smycz, odchodzę w tył, Bicho szaleje i miota przekleństwa oraz groźby, przez które przekrzykuje się z wolontariuszem, że przepraszam bardzo, chce im dać pieniądze, ale nie mam jak, bo trzymam smycz, to biegnę w kierunku od nich i do tyłu macham ręką, wołam, żeby poczekali, oni nie słyszą, idą sobie, ja biegnę do drzewa, Bicho się wydziera i szarpie, przywiązuje smycz do drzewa, wolontariusze rozumieją mój manewr i udaje nam się w końcu z nim spotkać. Przywiązany do drzewa Bicho ujada z wydętymi policzkami i nastroszonymi wąsami. Wrzucam im do puszki pieniądze, przepraszam i tłumaczę, że on ze schroniska, że ma traumy, oni mi dają serduszko WOŚPu i jak je sobie przyklejam, jeden z chłopców mówi:
– Niech jemu je pani przyklei.
Rozchodzimy się, Bicho przestaje ujadać. Odczepiam go od drzewa pełna żenady i się pytam, czemu mi musi taki wstyd przynosić. Na co on rezolutnie się uśmiecha i oczekuje ode mnie smakołyka z sakwy w nagrodę. Po powrocie do domu niszczy zaś ostatniego misia jaki mu pozostał. Na strzępy.
WOŚP

O Piorunie

Pojechaliśmy po niego z rodzicami do Bydgoszczy. Kiedy go pierwszy raz zobaczyliśmy spał w wielkiej witrynie klubu jazzowego, a przechodnie zatrzymywali się, żeby na niego popatrzeć, westchnąć i rozczulić się. Od początku był gwiazdą. Wieczną Shirley Temple. Mały, puchaty, z wysklepionym, zamyślonym czołem, słodki jakby zaprojektował go sztab japońskich designerów produkujących zabawki dla dzieci.

Zabraliśmy go z tej Bydgoszczy, a hodowcy-właściciele klubu jazzowego, mieli smutne miny, bo zdążyli się już z nim zżyć. W drodze natrętnie lizał mnie po twarzy, trochę nie wiedząc, co się dzieje i czego się po nim oczekuje. Zatrzymaliśmy się i nakarmiliśmy go parówką, którą później zwymiotował do plastikowej kieszeni w drzwiach samochodu i zjadł znowu. Kawałek jednak utknął gdzieś poza jego zasięgiem, więc resztę podróży spędził próbując dosięgnąć ją językiem.

Byłam już wtedy na studiach, więc zanim rodzice pojechali do siebie, odwieźli mnie do Warszawy i weszli z nim na chwilę do mieszkania. Mieliśmy przygotowaną piszczącą zabawkę po poprzednim psie, którą z dumą mu zaprezentowałam. W ogóle był mało zadowolony, ponieważ nie rozumiał, czemu nagle jego życie się zmieniło, a podtykana mu pod nos  zabawka wydawała się jakimś kompletnym absurdem. Zapiszczałam więc zabawką zachęcająco, co wywołało u niego atak paniki i nigdy, ale to nigdy, się już tą zabawką, ani inną zabawką tego typu, nie zainteresował. Nie lubił hałasu, bał się wszystkiego co głośne – tramwajów, pociągów, metra, silnika samochodowego, burzy, petard i wiatru świszczącego w oknach.

Paradoksalny był fakt, że z taką hałasofobią miał na imię Piorun – tak został nazwany i już tego nie zmienialiśmy. Kiedyś jakaś dziewczynka rzuciła się go głaskać i tulić jednocześnie pytając się jak się piesek nazywa, a usłyszawszy odpowiedź zakrzyknęła “Piorun! Moje ulubione imię!”. W ogóle był uosobieniem psa, o którym marzą dziewczynki, dlatego często otaczały go tłumnie i zanim moi rodzice zaczęli zdrabniać jego imię, zrobił to już gang osiedlowych dzieci cienkimi głosikami wołając “Pioruś!”. Tak. Kobiety go uwielbiały bez względu na wiek, ale te młode zupełnie traciły dla niego głowę. Wiedział o tym i bardzo lubił zyskiwać nowe wielbicielki, kładąc uszy i nadstawiając się, gotowy do przyjęcia pieszczot, mając przy tym minę pt. “Tak, to ja. To ja właśnie, we własnej osobie.”. Czasami potrafił się trochę przeliczyć ze swoim gwiazdorstwem. Kiedyś odwoziliśmy z rodzicami Konopka na pociąg, którego to pociągu nie było, za to była komunikacja zastępcza autokarowa. Grupki ludzi tworzyły kręgi wymiany informacyjnej dotyczącej trasy autokaru, godziny jego wyruszenia etc. Między ludźmi krążył Piorun starając się być jak najbardziej w centrum wydarzeń i emitując przekaz: “Tak, to ja. To ja właśnie, we własnej osobie.”, ale ponieważ wszyscy zajęci byli rozmowami o tym jak zaplanować podróż, Piorun ostatecznie płynnie przechodził w udawanie, że w zasadzie, to on tu chodzi tylko dlatego, że tu trawa ciekawie pachnie i przyjmował wygląd osoby bardzo zajętej.

Dawno temu zdarzyło mi się mieć zajęcia z kulturoznawstwa, na których usłyszałam o jakimś plemieniu koczowniczym, które przemierzało świat wraz ze swoim świętym słupem, który stanowił ich ruchome centrum wszechświata – axis mundi. Piorun wyznawał podobny system mistyczny, z tą różnicą, że jego świętym słupem była moja mama. Jeśli moja mama oddalała się gdzieś, a Piorun był u kogoś innego na smyczy, robił się dziesięć razy cięższy i nie dawał się oderwać od ziemi. Pozostawiony przez rodziców u kogoś na tzw. wakacjach, żył tylko na pół gwizdka i podsychał z tęsknoty. Widok mojej mamy zapewniał mu pełnię bytu. Jak zjawiała się po dluższej nieobecności była z miłości kąsana za karę.

Nasza przyjaciółka Monika nazywała Pioruna najbardziej udanym dzieckiem moich rodziców. Nie miała to być obraza dla mnie i dla brata. Piorun był tym ukochanym najmłodszym. Mój tata potrafił się patrzeć na niego i mówić wzruszonym głosem “Jest idealny.”. Na większość wyjazdów rodzice brali go ze sobą, a oglądając zdjęcia z tych wypraw można zauważyć, głównie zdjęcia Pioruna, w tym jedno moje ukochane – selfie mojego taty na plaży z psem, które tata zrobił z zapałem godnym nastolatki. Innym razem z kolei rodzice zatrzymali się przejazdem w Poznaniu, co tata określił jako “pokazywanie Piorunka Wielkopolsce”. Tata i Piorun byli ze sobą bardzo zżyci. Również stan lekkiego upojenia alkoholowego u mojego taty objawiał się z udziałem Pioruna – jeśli tata podczas wieczoru przy winie tańczył z zamkniętymi oczami, błogim uśmiechem i Piorunem na rękach, świadczyło to o tym, że jest nie tylko szczęśliwy, ale – posługując się językiem Kodeksu Drogowego – zachodzi u niego stan po użyciu alkoholu.

Piorun był pieskiem taktownym i grzecznym. Takim czesanym na boczek paniczem. Kiedyś spotkał, będąc ze mną na spacerze, na trawniku jeża. Zmieszał się, jakby otworzył komuś sikającemu drzwi do tualety, niemalże jeża przeprosił za niepokojenie i uprzejmie się oddalił. Z podobną rewerencją Piorun traktował koty, a i do psów był niemal zawsze miły. Dopiero na starość zdarzało mu się ubliżyć jakiemuś koledze, co zostało przypisane złemu wpływowi jaki miał na niego Bicho, który jest dresiarzem z sierocińca i z którym nigdy się nie polubili.

Piorun opracowywał również swoje opus magnum – badania terenowe w zakresie zapachowego krajobrazu osiedla. Jak wiele czasu tym badaniom poświęcił, wie każdy, kto chociaż raz wyszedł z nim sam na spacer. Spacer dla Pioruna, to nie była byle przechadzka obliczona na wydalenie tego i owego gdziebądź oraz rozprostowanie łap (które dodatkowo u corgiego w stanie zgięcia i wyprostowania mają mniej więcej podobną długość). Spacer, to był codzienny mozolny rytuał. To były szachy w wersji multiplayer. To było dokładne zbieranie informacji, kto przechodził trawnikiem, o której, co jadł, gdzie siknął. To były długie analizy – ile kropel w takim razie Piorun powinien postawić pod tym drzewem, a ile pod tamtym, żeby mu ich nie zabrakło. Istotne było również, którą łapę podnieść przy sikaniu – nigdy dwa razy pod rząd tę samą! Często konieczne było sikanie na to samo miejsce, raz przez prawą łapę, raz przez lewą i znowu przez prawą. Czasem musiał też jeszcze Piorun poprawić wyniki zapachowe swojej mikcji poprzez rozrzucanie trawy i ziemi w stylu moonwalku Micheala Jacksona. Na koniec Piorun zachowywał liścik miłosny, który stawiał na trawniku pod klatką trzech ślicznych maltanek z bloku obok, które zawsze wychodziły z właścicielem szalenie o nie zazdrosnym. Reasumując: spacer z Piorunem po osiedlu to była zawsze rzecz skomplikowana, na którą najlepiej było wybrać się z książką, ponieważ zabierała dużo czasu, a na endomondo prezentował się i tak żenująco.

Niestety, Piorun nie przeżył w tym roku staropolskiego zwyczaju nakurwiania petardami od wczesnego adwentu. Zwłaszcza, że zawsze był strachliwym wrażliwcem, a dodatkowo miesiąc temu okazało się, że miał również wadę serca, która objawiała się dopiero w jesieni życia. Dlatego choroba sercowa połączona z silnym stresem wywołanym przez mieszkanie w grudniu na polskiej prowincji, znacznie pogorszyły stan jego zdrowia. Ostatecznie zdążył jeszcze pojechać z rodzicami zobaczyć Śnieżkę i umrzeć. Zasnął w bagażniku podczas podróży powrotnej. Dlatego śpieszmy się kochać psy, żyją najwyżej 15 lat. Albo 11, jak Piorun.

20120928259