Magazyn na sól

Tata podjechał po mnie wczoraj do pracy, bo mieliśmy razem jechać do Pionek. Ponieważ sam był po swojej robocie, to nie był specjalnie rozmowny, zawsze taki jest zanim odparują mu z głowy wszystkie sprawy, którymi zajmował się od rana. Tak się jednak złożyło, że Aneczka wcześniej kazała mi zapytać ojca jak się nazywa magazyn na sól, ten taki w kształcie kopca. No więc wsiadam do samochodu i zawczasu, żeby nie zapomnieć, pytam tatę: jak się nazywa magazyn na sól, ten taki w kształcie kopca?
– Co? – ojciec patrzy na mnie zdezorientowany.
– Jak się nazywa magazyn na sól, ten taki w kształcie kopca? Anka kazała mi zapytać.
Tatulek zamyślony, ruszył spod wiaduktu, pod którym się spotkaliśmy, zamyślony chyba głównie nad tym, czemu w tym momencie musi odpowiedzieć na tak abstrakcyjne pytanie z jego zawodowej dziedziny.
– Magazyn na sól. – powiedział w końcu.
– Po prostu?
– Kiedyś mówiliśmy na to iglo.
Widząc, że więcej z niego raczej w tym momencie nie wycisnę, napisałam do Anki SMS z odpowiedzią na nurtujące ją pytanie: że magazyn soli, nieformalnie iglo. Po czym oddałam się na dłuższy czas odmętom facebook’a.

Ocknęłam się z nich akurat pod koniec Wilanowa. Właśnie minęliśmy Aleje Wilanowską. Zobaczyłam SMS od Anki, która twierdziła, że wydawało jej się, że ojciec kiedyś przy niej nazwał magazyn soli, ten w kształcie kopca, jakimś innym słowem i myślała, że to ma jakąś swoją nazwę. To zagajam znowu.
– A ten magazyn soli, nie ma jakiejś swojej nazwy własnej?
– Co? – ojciec zerknął na mnie jeszcze bardziej zdezorientowany niż pół godziny wcześniej.
– No ten magazyn soli, czy nie ma jakiejś swojej nazwy innej niż iglo?
– O co Ci chodzi? – ojciec zaczął się już irytować.
– No ten magazyn soli, to iglo, ten kopiec, nie ma jakiejś swojej nazwy, Anka mówi, że kiedyś nazwałeś go jakąś jedną nazwą, to nie ma jakiejś swojej nazwy?
– Nie rozumiem o co Ci chodzi. – ojciec denerwował się coraz bardziej, być może dlatego, że ma również problemy ze słyszeniem wysokich tonów w kobiecych głosach, zwłaszcza jak gra radio i słychać samochodowy szum.
– Magazyn na sól! – krzyknęłam – Ten kopiec! To iglo! Czy nie ma jakiejś swojej nazwy?! Bo kiedyś podobno nazwałeś to jakąś jedną nazwą! Anka mówi, że nazwałeś! – zaczęłam nerwowo i mimowolnie gestykulować, pokazując kształt tego kopca, tego iglo, tego magazynu na sól.
– To jest Świątynia Opatrzności Bożej!!! – ryknął zły i zdezorientowany ojciec.

Faktycznie, w tym momencie mijaliśmy ją z daleka.

Advertisements

Berlin

Pojechałyśmy na weekend do Berlina. To takie śmieszne miasto – trochę jak Paryż, a trochę jak Warszawa. Kolorowo i wielokulturowo, a wszędzie Polacy. Nawet muzułmanka w Primarku nawoływała męża w języku Mickiewicza i Kononowicza.

Pograłyśmy w Mario Brosa i Pacmana na telewizorze w muzem gier komputerowych, zobaczyłyśmy świetną wystawę nieznanej mi wcześniej niemieckiej artystki o francuskiej nazwie Jeanne Mammen, zjadłyśmy wspaniałe jedzenie i w wyniku zrządzenia losu oraz protekcji naszych ulubionych znajomych, w wieczór przed wyjazdem trafiłyśmy na niemiecką parapetówkę. Nie znałyśmy nikogo. W związku z tym już w pierwszej swojej wypowiedzi podczas integracyjnego palenia papierosów na balkonie wspomniałam o drugiej wojnie*. Niby rozmawialiśmy o łóżkach wodnych i mieszkaniach z ruchem tramwajowym za oknem, ale tresura w polskiej szkole edukacji zrobiła swoje. Zareagowałam automatycznie na hasło: “hałas na zewnątrz”  i już kojarzyłam – bombardowanie Warszawy, bitwa pod Monte Cassino. Mateczka Ojczyzna byłaby ze mnie dumna, ale rozmowy potem się jakoś słabo kleiły. Natomiast trafiłyśmy podczas tej samej imprezy na mityczną postać polskiego dyskursu publicznego – uchodźcę. Był młodą kobietą o imieniu Sara. Uciekła z bombardowanego Damaszku do Niemiec zostawiając rodzinę i była najsympatyczniejszą osobą poznaną tego wieczoru.

Wracałyśmy z naszych wojaży pociągiem, w którym polski system kolejowy, niekompatybilny z niemieckim, miesiąc przed planowaną podróżą nie był w stanie zarezerwować nam foteli obok siebie, ale był w stanie wybrać nam miejsca – oba nieatrakcyjne – pośrodku, oczywiście w różnych przedziałach. W związku z czym do Poznania bawiłyśmy się w negocjacje i giełdę wymiany numerów miejsc, ale w Poznaniu zjawił się jakiś gruby koleś w puchowej kurtce, który dysponując miejscówką na fotel przy oknie, postawił zdecydowane veto naszej grze. Ponieważ na moim miejscu siedział już milczący, tajemniczy młodzieniec, słuchający rosyjskiego rapu, którego siłą rzeczy wszyscy słuchaliśmy, czas był udać się Warsa i uniknąć efektu domina polegającego na przestawiania łańcuszka podróżnych siedzących poza miejscówką.

A w Warsie jechała grupa polskich malarzy błyskotliwy debiut mający za sobą ponad 30 lat temu. Rzucali do siebie nazwiskami kolegów, które gdzieś mi się kojarzyły z wystaw oraz z uczelni, a ponieważ jeden z nich był głośnym typem, pozostali musieli podnosić głos chcąc mu wejść w słowo i przez to ich rozmowa angażowała wszystkich klientów Warsa razem z obsługą. Najgłośniejszy oczywiście tym głośniej mówił im bardziej niefrasobliwie nazywał wspólnych znajomych ubolami lub poruszał sferę szeroko rozumianej seksualności, swojej albo pewnej szanowanej polskiej artystki o dwa pokolenia starszej od nich. Nie przebierał przy tym w słowach, aż w końcu jakaś dziewczyna zwróciła mu uwagę. Koledzy w większości poparli dziewczynę w związku z czym głośny artysta zaczął się tłumaczyć, że tak głośno mówi, bo ma problemy ze słuchem. Potem nieco przygasł i powiedział:
– Cenzura.

Pociąg za to dojechał z zaledwie godzinnym opóźnieniem. Wiadomo – szalał huragan Grzegorz, ale jaki miał związek z tym, że w Poznaniu godzinę zmieniali nam lokomotywę to nie wiem.

*Tu chciałabym pozdrowić wszystkich ludzi obeznanych z najlepszym odcinkiem Fawlty Towers z przewijającą się frazą “Don’t mention the war”.

Las jako absorbent treści wypartych

Weekend mój zaczął się w piątek wyjazdem z Warszawy i wjazdem w las w okolicach Magdalenki. Najpierw po prawej stronie zobaczyłam jakieś nadgryzione zębem czasu, poprzywiązywane na dziko do drzew bannery z wizerunkiem Jezusa, tym najbardziej wintydżowo poprzecieranym, i z napisem w stylu “CZYŃ DOBRO W MOIM IMIENIU”. Za chwilę mignął mi kolejny banner z jakimś pobożnym hasłem z tej serii. A za moment, z drugiej strony drogi, mignęła mi tirówka. Jako człowiek wychowany w miasteczku otulonym puszczą nigdy nie przestanę się dziwić, co (i kogo) można znaleźć w lesie.

 

 

Obrzydliwa obrzydliwość

Wrażliwych ludzi, ludzi spożywających posiłek, a zwłaszcza wrażliwych ludzi spożywających posiłek uprasza się o nieczytanie tej historii.

Wszyscy, którzy zamierzają czytać dalej, robią to na własną odpowiedzialność. Opowieść zawiera drastyczne szczegóły dotyczące mieszkania z psem. To nie żart. Jeszcze możecie przestać czytać.

A. pojechała na urlop. Zawsze jak A. wyjeżdża Bicho musi zrobić coś okropnego. Zawsze.

Poszłam dzisiaj z nim do parku. Jesienna słota sprawiła, że nie było to tego popołudnia za bardzo frekwentowane miejsce. Odwiedziliśmy wybieg dla psów. Bicho powęszył. Mnie jak zwykle obsiadł wroni gang domagając się psich przysmaków. Nuda. To poszliśmy dalej. Bicho chodził po mokrej trawie na parkowej górce, a ja zauważywszy jego potencjał do wybuchu głupawki podsycałam jego wesoły nastrój, aż dał żwawego susa za rząd krzaków. Zaglądam tam – psa nie ma. Gwiżdżę – przybiega zadowolony, z podejrzaną miną i zamiast podejść do mnie biegnie na drugą stronę górki w inne krzaczory i już widzę co się święci. Wrzeszczę słowa nieparlamentarne i biegiem ruszam za nim. Oczywiście Bicho coś pożera. Rzucam się na niego, a on odskakuje mi susem, połyka do końca zawartość zarośli i dostaje głupawki. Biega po parku strasznie zadowolony i wygląda na najszczęśliwszego psa na świecie.

Targają mną złe przeczucia. A jak to była jakaś trutka na psy? No bo w środku parku, kto by zostawiał jedzenie, jedzenie ludzie raczej wywalają po najmniejszej linii oporu przez okno. Patrzę na dziada – idzie grzeczniutko i wygląda, że czuje się świetnie. Dzwonię do A., żeby ktoś ze mną zadecydował, czy mam sięgać po rozwiązania ostateczne, a A. nieuważna i przebywająca w innej, słonecznej rzeczywistości mówi, że no dobra to zrób. Postanawiamy, żeby dziadowi zrobić płukanie żołądka. Myślę sobie, że to trochę przesada, ale jak raz się okaże, że to jednak jakiś świr coś porozrzucał? To może na wszelki wypadek go zmuszę do womitów, to przynajmniej będę spokojniejsza, co też on pożarł. Po głowie chodziły mi te wszystkie zdjęcia zatrutych kiełbas, opisy jadowitych boczków, szynki dziurawiące psie wnętrzności jak szrapnele.

Wróciłam do domu i podstępem (sposobem przećwiczonym w sytuacji połknięcia przez Bicha zabawki) napoiłam Bicha środkiem wymiotnym. Bisio zmizerniał, zaczął się oblizywać, aż w końcu uśmiechnął się swoim charakterystycznym uśmiechem Mona Lisy pt. “zaraz się zrzygam”. I poszło…. Wszystko…

Ostatecznie okazało się, że jednak w krzakach było właśnie to, co w krzakach można na ogół znaleźć, jako że to ustronne miejsce i można się do niego przejść piechotą, zwłaszcza nie będąc królem. Myślę sobie jednak, że osoba, która pozostawiła po sobie to wspomnienie w parku, nie przypuszczała, że to wspomnienie zanim ulegnie rozkładowi zajdzie jeszcze do czyjegoś mieszkania. Jakimiż krętymi ścieżkami podąża jednak los.

Kancelaria Parafialna

Byłam dziś w kancelarii parafialnej. Wysiadywałam swoją kolejkę na lakierowanej ławce, po której przesuwałam pośladkami w kierunku prawym, w miarę jak kolejne osoby znikały z ławki za drzwi kancelarii. Każdy, kto wchodził, siadał z lewej strony i musiał przepolerować całą ławkę czekając na swoją turę. Tradycyjnie przeważały w kolejce starsze kobiety. Kiedy rozglądałam się po naszym rzędzie, widziałam umykające spod beretów i czapek siwe kosmyki.

Przed nami przeszedł z jednych drzwi do drugich młody wikary rzucając na boki z uprzejmym i zakłopotanym uśmiechem: “szczęśćbożeszczęśćbożeszczęśćboże”. Jego speszenie wynikało z ciasnoty poczekalnianego korytarza, gdzie milczące spojrzenia parafianek były tak krępujące, że aż młody ksiądz miał problemy z trafieniem kluczem do zamka. Po jakimś czasie wikary przeszedł swoją drogę zza drzwi z powrotem i zniknął w kancelarii.
– Przystojny – z uznaniem powiedziała świszczącym półszeptem jakaś parafianka z końca ławki. Wtedy jakoś nasza kolejka skojarzyła mi się z robotnikami w rodzaju wujków Mietków trącających się łokciami i obcinających przechodzące dziewczyny.

Tramwaj 35. Wczesne sobotnie popołudnie. 2015 rok, wrzesień.

– ….Hmmm, przepraszam panią, ale wie pani… te gazety… Super Ekspres, Fakt… – głos faceta, trochę już zużytego życiem, głos nieśmiały odzywa się do kogoś za mną – … Czytałem ostatnio coś takiego. Człowiek niedowidział. Na jedno oko…. czy na oba? Zrobili mu operację. Wyjęli zęba i wstawili do oka. I zaczął widzieć, myśli pani, że to możliwe?
– Nieeeee…No niemożliwe przecież – odzywa się rozbawiony głos starszej pani, domyślam się, że czytała jakąś z wymienionych gazet i stąd to zagajenie pana zużytego – To by się więcej o tym słyszało! A to w Polsce było?
– Nie, nie, chyba w Niemczech.
– Nie, proszę pana, to by się więcej o tym słyszało, gdyby coś takiego się udało.
– Ale może ja coś pomyliłem… Może jednak mu jakoś przez usta coś operowali i…
– Nie, nie wydaje mi się. Proszę pana, teraz to różne rzeczy wstawiają, do oka to soczewki wstawiają, ale wie pan, moje koleżanki, sześć już sobie soczewki wstawiło i gorzej widzą jak przed operacją! A jedna to w ogóle w dzień jak wychodzi to nic nie widzi. Sześć tysięcy operacja na jedno oko, to na oba dwanaście i gorzej tylko…
– … tylko aby pieniądze brać!
– Tak, aby pieniądze brać! – a po sekundzie ciszy pani dodała – Wie pan: te nogi… rozruszniki… To wszystko lipa.

Biedroneczka

Jakiś czas temu A. była na testach psychologiczno-reakcyjnych (czy czymś takim) w Ośrodku Badania Kierowców. Denerwowała się nieco i szukała po internecie informacji, czego też może się spodziewać, jakie są właściwe odpowiedzi etc. Ostatecznie jednak okazało się, że do przesuwania dźwigni na sygnał i innych zabaw tego typu, nie można się za bardzo przygotować wcześniej. Nie podziałało to uspokajająco.

Przystąpiła do testów. Już kwestionariusz na początku budził podejrzenia. Niby niewinne pytania, ale kto wie, co z tego wyczytają? Wypełniała tę ankietę obwąchując każde pytanie.

Potem z kwestionariuszem powędrowała do pani psycholog. Pani psycholog przeleciała wzrokiem po kartce i powiedziała, że punkty karne nie są wpisane, na co A. z emocji myląc się w wyliczeniach, a przede wszystkim kompletnie zapominając o tym jaką maksymalną ilość punktów można mieć, kazała sobie wpisać dwadzieścia (a naprawdę ma ich bardzo niewiele).
– O to proszę uważać, jeszcze 4 i straci pani prawo jazdy – przestrzegła ją pani psycholog.
W tym momencie A. zrozumiała swój błąd, ale głupio jej było się przyznać.

Pani psycholog znowu zajrzała w kwestionariusz, spojrzała na A. i powiedziała:
– Czy my się przypadkiem nie znamy?
A. nie kojarzyła.
– Chyba nie. Poza tym ja nie jestem z Warszawy tylko z S.
– No właśnie ja też. A z przedszkola, z podstawówki?
– Do podstawówki chodziłam do jedynki.
– A ja do trójki.
– A przedszkole na Pierwszego Maja, czy na Korczaka?
– Na Korczaka…
– Agnieszka?
– Tak.
– Byłaś biedroneczką na balu karnawałowym!
– Tak! Co za pamięć!
– Słuchaj to skreśl mi te punkty karne, bo się pomyliłam.

A potem było już tylko lepiej.